Chorwacja
Chorwacja

Podróż
Po bardzo intensywnych ostatnich miesiącach, w końcu, w pośpiechu, zostawiając za sobą remont, w słoneczne piątkowe popołudnie, ruszyliśmy spod biura Tomka prosto w kierunku Zakopianki i Chyżnego gdzie mieliśmy przekroczyć granicę.
Oczywiście przy wyjeździe z Krakowa złapały nas korki, a na Zakopiance wcale nie było lepiej, ale już nieco za Myślenicami, kiedy ominęliśmy wszystkie roboty drogowe, mogliśmy nacieszyć się prędkością i pomknęliśmy w kierunku Słowacji po drodze wysyłając jeszcze ostatnie związane z pracą smsy i dzwoniąc z poradą do Pani doktor, aby upewnić się jakie leki możemy kupić żeby w razie czego nie zaszkodzić naszej fasolce, gdyby jak to czasem na wyjazdach się zdarza dopadła nas jakaś choroba. Trochę się baliśmy czy nie dopadnie nas upał, grypa albo jakieś zatrucie, a to przecież 4 miesiąc naszego maleństwa i nie chcielibyśmy, żeby czuło się niekomfortowo. Wyposażeni w gastrolit do nawodniania (taka trochę kroplówka w proszku), i apap liczyliśmy, że nie będziemy musieli odwiedzać apteki.
Przed Chyżnym jeszcze wypiliśmy kawę i rozprostowaliśmy nogi, żeby moje kolano (po tegorocznej operacji) nie zesztywniało i nie zapomniało jak się zginać.
Przez Słowację trochę się wlekliśmy, bo ten fragment trasy niestety nie należy do najlepszych - kręte, wąskie drogi, słabe oznakowania i gdzieniegdzie korki.
Nocowaliśmy przed Wiedniem na jakimś wielkim parkingu – przyznam, że już zapomniałam jakie spanie w samochodzie jest niewygodne. Byliśmy całkiem pognieceni. Dobrze, że w Austrii norma są prysznice w takich miejscach – odświeżeni ruszyliśmy w kierunku południa.
Niestety na granicy znowu złapał nas korek i to spory, a ciepełko zaczęło dawać się we znaki. Zaczęłam się trochę martwić o fasolkę, bo było mi bardzo gorąco, a oczywiście nasz stary Opel klimy nie posiada, a tylko gorący nawiew:)
Po tych nieprzyjemnościach na szczęście czekała nas już prosta i przyjemna trasa z pięknymi widokami – najpierw trochę gór, a potem skały i morze.
Byliśmy umówieni ze z znajomymi około 17 na lotnisku pod Zadarem. Ewa i Michał w dobrych nastrojach, objuczeni wielkimi plecakami wytoczyli się z małego baraczku lotniska. My już czekaliśmy na nich w kawiarence, wypiliśmy po browcu /coli zależy co kto mógł :) i od razu w lepszych nastrojach ruszyliśmy w kierunku pierwszej z miejscowości, które były na naszej liście. Ustaliliśmy, że nie chcemy zapuszczać się zbyt na południe i zainstalujemy się w pierwszym miłym zakątku.
Bibinje

Nie musieliśmy daleko szukać, bo Bibinje – maleńkie miasteczko niedaleko Zadaru , z małą zatoką, przystanią i kilkoma uliczkami na krzyż spodobało się nam na pierwszy rzut oka. Problem pojawił się oczywiście zaraz po wyjściu z samochodu – sezon – brak miejsc, a my w dodatku z psem… Mati miał już dość, chętnie zainstalowałby się gdziekolwiek, ale właściciele kwater nie podzielali jego entuzjazmu i dopiero w 6 albo 7 miejscu kobiecina, która sama miała psa nie widziała problemu… Wyszło nam to nawet na dobre bo wylądowaliśmy bardzo blisko plaży, na pięterku z tarasikiem i nawet mieliśmy gdzie zaparkować samochód!!!:)

Po tych popołudniowych poszukiwaniach i całodziennej podróży byliśmy już mocno zwiędnięci, ale wzięliśmy prysznice, krótka sjesta i ruszyliśmy coś zjeść bo oczywiście burczeliśmy z głodu. Okazało się, że w Bibinje jest kilka super urokliwych knajp, kilka barów i parę restauracyjek, większość zlokalizowana wokół cypla bardzo blisko naszego lokum i dokładnie pomiędzy plażą, a przystanią…. Jak to na południu – w każdej knajpce muzyczka, lampiony, drewniane ławy i dużo kwiatów… no i to co najważniejsze pyszne żarcie…. Ja oczywiście postanowiłam co dzień spróbować czegoś nowego i trzymałam się tej zasady prawie przez całe 2 tygodnie. Tego wieczoru zamówiliśmy sobie wspólnie ogromny półmisek grillowanych miejsc, popiliśmy to odpowiednią ilością piwa - w moim wydaniu bezalkoholowego , a potem potoczyliśmy się na wieczorny spacer po plaży.

Kolejny dzień to już były prawdziwe wakacje – obudziły nas oczywiście koguty które darły się od 5 rano… ale bynajmniej nie wygoniły nas z łóżek przed 10. Poczłapaliśmy na plażę, wybraliśmy miejsce nieco bardziej oddalone od głównej wybetonowanej plaży i na kamyczkach rozłożyliśmy naszą peruwiańską matę – dobrze, że mieliśmy ją ze sobą, bo ja już zapomniałam jak to jest być fakirem.
Przez większość dnia wygrzewaliśmy się na zmianę brzuchami do góry, i brzuchami w dół, Mati zakopał się w cieniu, Tomek z Michałem taplali się parę razy w lodowatej jak dla mnie wodzie… ogólnie luz. Kiedy już nie mogliśmy uleżeć zwlekliśmy cielska i po szybkim prysznicu udaliśmy się na obiad do knajpki innej niż poprzednio – po co się powtarzać jeśli można codziennie jeść gdzieś indziej tym bardziej, że ceny w sumie były podobne.
Przy okazji szybkie zakupy – świeże owoce, dużo wody i kremu na słońce, bo niektórzy zdążyli się już przypiec.
Tym razem stołowaliśmy się po drugiej stronie przystani, nieco na uboczu, ale za to z lepszym widokiem na zacumowane łódeczki i pobliskie palmy -miodzio…


Potem obowiązkowo spacer, poszukiwanie telefonu – w całej miejscowości są tylko dwie budki telefoniczne jeżeli w ogóle można je nazwać budkami – jedna przy informacji turystycznej, a druga w tzw. centrum mieściny.
Szukanie telefonu okazało się niczym w porównaniu, że sztuką znalezienia Internetu… nam udało się namierzyć jedno miejsce, nieco na zachód od informacji turystycznej.
Centrum mieściny stanowi mały placyk z kilkoma ławeczkami, kilka sklepików i zrujnowany budynek poczty, obok przycupnął jeszcze kiosk i stragan z owocami.
Jeśli ktoś lubi połączyć wakacje z zakupami to odradzamy Bibinje, ale dla nas w sumie najważniejsza była piekarnia i stragan z owocami, świeżymi pomidorami które smakują jak najsłodsze maliny oraz soczystą papryką.
Wkrótce odkryliśmy, że miejscowi sprzedają często pomidory i papryki prawie prosto z krzaka. Okazało się nawet, że dwa kroki od naszego domku codziennie rano można kupić przepyszne rzeczy. Niestety trzeba wstać wcześnie bo już po 8 stragan i półka na chleb świecą pustkami.
Ale mój wspaniały mąż stanął na wysokości zadania i co drugi dzień rano na czworaka, razem z psem szedł na spacer po świeże bułeczki i pomidorki dla żoneczki…
Po dwóch dniach byczenia się na plaży – Ewa była już pięknie opalona, ja dalej wyglądałam jak córka młynarza, ale przynajmniej byłam wypoczęta, pies miał dość, a faceci mieli podziurawione stopy od kamulców.

Szybenik, Trogir, Split
Postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę i we wtorkowy poranek ruszyliśmy w kierunku południowym – plan był taki: Szybenik, Trogir, Split i powrót. Upał niestety dawał się we znaki, zwłaszcza w samochodzie.
Na szczęście wąskie uliczki Szybeniku i Trogiru osłoniły nas nieco od słońca. Szybenik ze swoją kamienną starówką i krętymi uliczkami oraz sporymi ruinami twierdzy górującymi ponad miastem bardzo nam się podobał, choć bez mapy trudno nam było po nim nawigować. Zaparkowanie samochodu też było nie lada sztuką. Ale warto było zwiedzić to małe miasteczko – katedra, ratusz i kilka uliczek z klimatem, gdzie można i kupić kilka pamiątek i coś zjeść i odpocząć.


Z ruin twierdzy roztacza się piękny widok na morze i miasto.

Gdyby nie upał pewnie spędzilibyśmy tam więcej czasu, plan był jednak taki, że w Szybeniku pijemy kawę, a na lody jedziemy do Trogiru.
Przyznam, że dobrze, że nie zabawiliśmy w Szybeniku za długo, bo Trogir powalił nas na kolana. Jest filigranowy ale piękny. Tak urokliwego miasteczka dawno nie zwiedzałam. Uliczki i zakamarki Trogiru mogą się długo śnić po nocach – kolorowe, pełne restauracyjek, barów, sklepów, bardzo wąskie i bardzo stare… piękne…


Do tego spore korso spacerowe wzdłuż przystani i ruiny twierdzy.


Lody zjedliśmy właśnie w pobliżu przystani, a potem penetrowaliśmy kamienne miasteczko.
Gorąco polecamy bo jest ono wyjątkowo przyjazne i warto spędzić tam przynajmniej jedno popołudnie.


Pod wieczór udaliśmy się do Splitu, tam zawiedzeni jedzeniem w jednej z restauracji na terenie ruin
Pałacu Dioklecjana, z nieco zepsutymi humorami powłóczyliśmy się po świetnie zachowanych, ale dość zatłoczonych ruinach.


Nieco orzeźwiła nas wieczorna bryza kiedy wracając ładnie oświetloną promenadą podziwialiśmy piękne kamienice i mniejsze pałacyki zlokalizowane wzdłuż brzegu.

Nie udany obiad zagryźliśmy pizza w budce nieopodal parkingu i nieco zawiedzeni samym Splitem ruszyliśmy z powrotem do Bibinje.
Myślę, że nasze wrażenie było spowodowane zmęczeniem i upałem, bo pamiętam, że kiedy pierwszy raz zwiedzałam Split – bagatela 15 lat wcześniej zrobił on na mnie dużo większe wrażenie. Pałac wydawał się wtedy potężniejszy i piękniejszy. Dziś na pewno miasto jest lepiej oświetlone i tętni życiem – nie tak jak zaraz po wojnie, więcej jest też restauracji i sklepów, ale niestety także duuużo, duuużo więcej turystów, przez co stara część wydaje się zatłoczona.


Po takim szybkim zjechaniu sporego kawałka wybrzeża, kolejny dzień spędziliśmy na byczeniu się na plaży, piciu pysznego chorwackiego piwa i jedzeniu smakowitego jedzonka w nadmorskich restauracyjkach Bibinje…
Plitvickie Jeziora
Coś nas jednak kusiło i w czwartek zamiast odpoczywać jak Pan bóg przykazał – wybraliśmy się na wycieczkę aby zobaczyć sławetne Plitvickie Jeziora….


To była porażka – nie polecam. Najpierw kilka godzin w samochodzie potem pół godziny szukania parkingu, potem godzina w kolejce po bilet, potem pół godziny w kolejce żeby się wcisnąć do busa ( i nie zostać stratowanym) a potem marsz ….

4 godziny non stop niesieni fala tłumu oglądaliśmy jezioro za jeziorem, 1000 wodospadów, wszystkie z grubsza takie same, po 10 mieliśmy już dość, ale na całej trasie poza kilkoma ławeczkami – wiecznie zajętymi, nie ma nawet gdzie usiąść – na około woda, a my zapierniczaliśmy po drewnianych pomostach bez możliwości napicia się, zjedzenia czegokolwiek, czy odpoczynku, bo gdybyśmy chcieli się zatrzymać to musielibyśmy stanąć na środku ścieżki i zablokować cały strumień 100 000 turystów.


Zrobiliśmy więc 1000 takich samych zdjęć wodospadów i jeziorek, źli, głodni i z pęcherzami jak balony czekaliśmy jeszcze pół godziny na jakąś łódkę, którą płynęliśmy 15 min, do miejsca w którym poza hamburgerami i kilkoma ławkami nie było nic, więc szybko stamtąd udaliśmy się z powrotem na parking.

Porażka… cały dzień marszu w tłumie, ludzie starsi narzekali zmęczeni, dzieci sikały po nogach bo nie było toalet, niektórzy mdleli bo nie mieli nic do picia a tam upał. Totalnie przereklamowana wycieczka. Miejsce przyrodniczo ciekawe, ale organizacja fatalna.
Mac Donald, koszmar. Zmęczeni i wściekli, że straciliśmy cały dzień słońca wróciliśmy do Bibinje. Dobrze, że czekało na nas zimne piwo i dobre jedzonko w pobliskim barze…
W piątek postanowiliśmy już się nie wychylać z głupimi pomysłami i od rana do wieczora leżeliśmy na naszej zacisznej plaży tudzież pluskaliśmy się w wodzie ciesząc się z kolorowych dmuchanych materacy które kupiliśmy pobliskim sklepiku.
Zadar
W sobotę wybraliśmy się do Zadaru – bardzo ładne miasto. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że starówka jest taka urokliwa. Mimo rozmachu i wielkości, nie przytłacza, wręcz przeciwnie, każdy znajdzie tam coś dla siebie – miłośnicy rzymskiej architektury – kościoły i piękne renesansowe kamieniczki.


miłośnicy ars militarii – pozostałości twierdzy i armaty,

miłośnicy architektury współczesnej – Millenium Clock oraz kilka dobrze rozegranych kompozycji małej architektury,


miłośnicy zakupów – pełno sklepów z markowymi ciuchami oraz mnóstwo straganów z lokalnymi wyrobami, a do tego oczywiście bary i restauracje w każdym stylu no i oczywiście piękny port.
Spędziliśmy tam kilka godzin spacerując bez konkretnego celu, idąc tam gdzie akurat poniosły nas nogi - raz na plac, raz do parku, raz na promenadę, raz na mury, zjedliśmy pyszne lody w pobliżu starego zabytkowego kościółka,

Obfociliśmy co było warte, a następnie wróciliśmy na smakowitą kolację do Bibinje. Niestety ceny w Zadarze różnią się sporo od tych oferowanych w mniejszych miasteczkach, co widać nie tylko w menu, ale przede wszystkim przy okazji wynajmu apartamentów. My za nasz pokój dwuosobowy płaciliśmy coś około 20 Euro, podczas gdy w Zadarze ceny oscylują raczej około 30 euro za osobę!!!
Ostatni wieczór w Bibinje spędziliśmy testując kolejny lokal gastronomiczny - i tym razem się nie zawiedliśmy.
Niedzielne przedpołudnie przeznaczone było na nasze pożegnanie z tym urokliwym maleńkim miasteczkiem- ostatni spacer po plaży, ostatnie co nieco w barze, pakowanie i na lotnisko….
Ewa i Michał odlecieli z powrotem do Londynu – bardzo niepocieszeni tym, że ich wakacje musiały być takie krótkie….
A my z zapałem, który niestety szybko ostygł udaliśmy się na północ. Wymyśliliśmy sobie bowiem, że zobaczymy jak tam wyglądają plaże i przy okazji pozwiedzamy bardziej włoską część Chorwacji;-)
Jeszcze tego samego wieczoru okazało się , że popełniliśmy błąd. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć noclegu, małe miasteczka były wypełnione po brzegi. Nawet na kempingach nie było gdzie spać. Po kilku godzinach jazdy zmęczeni i zrezygnowani już mieliśmy rozbić namiot na jakimś zadupiu, tylko ja się strasznie buntowałam, bo nie chciałam spać na ziemi na jakiś szyszkach. Wróciliśmy więc do miejscowości Selce, w której już poprzednio szukaliśmy noclegu i Wynajęliśmy jedyny wolny dwuosobowy pokój w obleśnym postkomunistycznych hotelu za niebotyczne 90 Euro!!! dramat!!!! Oczywiście psa wnieśliśmy nielegalnie przez okno.
Kolejne pół dnia spędziliśmy na szukaniu pokoju i kiedy już byliśmy gotowi wracać do Bibinje znaleźliśmy lokum gdzie w końcu zgodzili się na psa i za 30 Euro mieliśmy całkiem przyjemne warunki. Szybko wskoczyliśmy w kostiumy i poszliśmy odreagować na plażę. Oczywiście o kamyczkach mogliśmy pomarzyć – plaża w Selce to wielka betonowa płyta wypchana ludźmi co do centymetra. Koszmar , no ale sami tego chcieliśmy. Jedyny kamienisty fragment był zlokalizowany w miejscu gdzie oczywiście najbardziej wieje i nie da się wysiedzieć – dobre dla morsów:)

No cóż… kurorcik… promenadka, 1000kramów, głośne dicho na full… pstrokate baloniki, dyskoteki i tłum ludzi bo to jedna z najpopularniejszych miejscowości wypoczynkowych w okolicy, bardzo lubiana przez Niemców i Austriaków…


Bleee… mnie się nie podobało. Przyjemną przystań i kilka nawet fajnych kolorowych kamieniczek wieczorami i w ciągu dnia zalewał tłum ludzi , ciężko było znaleźć wolne krzesło w knajpce, ceny oczywiście dużo wyższe niż na południu, a jedzenie niestety gorsze…
Selce jest świetnym miejscem na wakacje dla nastolatków którzy chcą wieczorami wyszaleć się na dyskotekach. Ale dla nas nie było szczególnie atrakcyjne. Jego chyba jedyną zaletą były różne atrakcje turystyczne – można tu latać na paralotni, jeździć na nartach wodnych, pływać na rowerkach, oponach i innych rzeczach… można też popłynąć na wycieczkę promem. Niestety na aktywny wypoczynek, ze względu na fasolkę nie byliśmy nastawieni… pozostawały nam więc spacery wzdłuż długiego na szczęście deptaku…

Nie mieliśmy już jednak siły i chęci dalej szukać, chcieliśmy jeszcze tylko skoczyć na jednodniową objazdówkę po półwyspie Istria, żeby zobaczyć trochę rzymskich pozostałości twierdz i pałaców, a resztę czasu planowaliśmy spędzić po prostu wygrzewając się na plaży….
Przez resztę naszego pobytu w Chorwacji głównie opalaliśmy się i pływaliśmy, wieczorami jedliśmy obiadokolację zwykle gdzieś przy głównej promenadzie, bo tylko tam są zlokalizowane bary, a żeby się schłodzić od czasu do czasu pozwalaliśmy sobie na słodkie obżarstwo w bardzo przyjemnie urządzonej restauracji w jednym z ogrodów przy plaży – stoliki i wygodne kanapy ukryte w cieniu białych baldachimów i parasoli, delikatna muzyka, wieczorem ładne oświetlenie i szum morza splatający się delikatnym pluskiem fontanny… całkiem miłe miejsce mniej więcej w połowie odległości między główną promenadą, a kempingiem idąc oczywiście wzdłuż plaży.


Istria - Pula i Rowinji
W połowie tygodnia wybraliśmy się na Istrię i bardzo szybkim krokiem zwiedziliśmy Pulę i Rovinji.
O ile Pula to przede wszystkim Rzymski Amfiteatr, który naprawdę warto zobaczyć, poza nim można jeszcze przespacerować się po kilku uliczkach, zobaczyć ruiny starych murów, twierdzę i kilka kamiennych kościołów oraz ruiny rzymskiego stadionu.


O tyle Rovinji jest naprawdę urokliwym miasteczkiem którego starówka wspięła się na wzgórze, na którego szczycie znajduje się katedra. Widok z placu przed katedrą jest imponujący, ale najpiękniejsze są po prostu małe kręte kolorowe uliczki oblepione kramami i sklepikami z biżuterią, pamiątkami, obrazami i ciuchami. Poniżej wzdłuż portu kolorowe kamieniczki zachęcają turystów do stołowania się w mieszczących się przeważnie w parterach i ogródkach restauracyjkach. Zdarzają się jednak także restauracje na malowniczych tarasach, skąd widok na port jest zdecydowanie lepszy. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, a szkoda, bo dobrze byłoby na spokojnie pospacerować po tym miasteczku.


I na tym zakończyliśmy zwiedzanie…
Trzeba przyznać, że Chorwacja to świetne miejsce na wakacje – można tam dobrze odpocząć, sporo zwiedzić , a także dobrze zjeść i wypić. Lokalne wyroby winiarskie i nie tylko cieszą się dużą popularnością, ale dla takich jak ja, bądź z innych przyczyn niepijących godne polecenia są lokalne browary – każdy z nich oferuje piwo bezalkoholowe zdecydowanie smaczniejsze niż standardowa Bawaria 0,0%. O chorwackiej kuchni można by się sporo rozpisać ale najlepiej po prostu jej spróbować i to nie w jakimś hotelu tylko w lokalnych tawernach – pyszne świeże mięsa, świetnie przyrządzana baranina, i oczywiście lokalny hit czyli owoce morza łaskoczą podniebienia i podbijają serca wszystkich smakoszy.
Dla miłośników sportów wodnych i żeglugi to też świetne porty i przystanie. A dla takich jak ja miłośników zabytków to bogactwo rzymskiej spuścizny i średniowiecznych oraz 18 wiecznych kamiennych fortyfikacji – zamki, pałace i forty porównywalne z rzymskimi, choć mało znane i nie doceniane przez turystów.
Do Chorwacji na pewno jeszcze wrócimy tym razem z Julką… pozostało nam jeszcze do zwiedzenia całe bajeczne południe!!!
