Dżungla
Dżungla

Marzenie by kiedyś pojechać do dżungli kołatało nam się po głowie od bardzo dawna. Kiedy więc zaczęliśmy planować naszą wyprawę po Peru wizyta w dżungli szybko stała się jednym z głównych jej punktów. Zwłaszcza, że warunki by chociaż na chwilę zagłębić się w lasy tropikalne są w Peru bardzo dobre. Ale po kolei.
Przygotowania do wyprawy
O ile rezerwację na Inca Trial musieliśmy zrobić wiele miesięcy wcześniej z racji dziennego limitu turystów wpuszczanych do parku narodowego, o tyle z wycieczką do dżungli nie było takiego problemu. Postanowiliśmy, że poszukamy jej na miejscu – w samym Cuzco, które uznaliśmy za najlepszy punkt startu. Z dawnej stolicy Inków do granicy dżungli – a ściślej, otwartego dla zwiedzających Manu National Park albo drugiego – Tambopata National Park – jest raptem kilkaset kilometrów.
Jeden z problemów, który spędzał nam sen z powiek od samego początku była kwestia chorób tropikalnych – przede wszystkim malarii. Wprawdzie w parkach narodowych peruwiańskiej dżungli w pobliżu Cuzo malaria podobno obecnie nie występuje, ale lepiej dmuchać na zimne bo moskitów w dżungli jest przecież dostatek. Z tego powodu na trzy dni przed wyjazdem do dżungli zaczęliśmy zażywać Doxycycline – oparty na chininie lekki antybiotyk – który później (niestety) trzeba było zażywać codziennie jeszcze przez 4 tygodnie. Drugie poważne zagrożenie – żółta febra – nas na szczęście nie dotyczyła (w tych parkach narodowych gdzie występuje wymagane jest świadectwo szczepienia lub szczepienie ‘na bramce’ podczas wjazdu).
Kiedy byliśmy już w Cuzco zaczęliśmy szukać możliwości wyprawy do dżungli. Po przejrzeniu internetu, ofert kilku biur podróży i wnikliwej lekturze przewodnika doszliśmy do wniosku, że w naszym przypadku w grę wchodzi 3-4 dniowa wycieczka do któregoś tzw. lodge – czyli małego kompleksu zabudowań w parkach narodowych w głębi dżungli budowanego przez prywatne firmy i fundacje w celach naukowych i/lub turystycznych. Pytanie tylko jak dostać się do takiego miejsca?
Szybko okazało się, że generalnie najlepszą formą transportu do dżungli jest samolot. Autobus owszem, podwiezie do granicy lasu, może nawet wjedzie trochę głębiej, ale potem wygoda się kończy i zaczyna mozolna przeprawa wiecznie zalewanymi i zarastającymi drogami ziemnymi – co może potrwać kilkanaście godzin albo i więcej. W praktyce pewniejsze są łodzie – ale te, rzecz jasna, też nie są za szybkie... Nie mieliśmy tyle czasu. Został więc samolot, którym można dotrzeć w głąb dżungli w 2-3 godziny. Kupując zaś wycieczkę w lodge ma się transport z lotniska na miejsce wliczony w cenę. Okazało się również, że biura podróży w Cuzco sprzedają bilety lotnicze i wycieczki do logde w pakietach, co generalnie bardziej się opłaca niż kupowanie ich oddzielnie.
Ostatecznie, korzystając z pośrednictwa biura Puma Travel, zarezerwowaliśmy wycieczkę do Tambopata National Park i znajdującego się tam Explorer’s Inn – dość dużego kompleksu mogącego pomieścić nawet do 70-ciu gości, na stałe zaś stanowiącego bazę naukowców badających biosferę Amazonii. Do tego samolot w lokalnej linii lotniczej Star Peru. Byliśmy tak podekscytowani, że postanowiłem nawet zignorować informację, że mamy lecieć ‘nowiutkim Tupolev’em’.
Dzień 1 – opuszczamy cywilizację
Standardowa godzina do wstawania w wakacje – czyli coś w stylu 6:00 o świcie, szybki prysznic, plecaki spakowane i w drogę! Mieliśmy wprawdzie małe problemy z naszym biurem podróży (pani, która miała nam zapewnić taxi na lotnisko coś tam zawaliła) ale na szczęście ponaglana telefonami jakoś dała radę odebrać nas z pod hotelu i dowieźć na czas. Na lotnisku okazało się, że trzeba zapłacić podatek (parę dolarów, ale trochę szkoda, że nie jest to wliczone w cenę). Po odprawie udaliśmy się na pyszną kawę, po czym przedostali do sali oczekiwań. Wtedy okazało się, że nasz samolot się spóźnia – i to bodaj trzy godziny – więc niestety w sali tej przesiedzieliśmy dość długo. W końcu jednak udało się wsiąść. Nie wiem czy tak już jest w Tupolevach czy to raczej skutek lotu na niskiej wysokości ale cały lot trzęsło niemiłosiernie.
Wylądowaliśmy. Wokół tropikalne drzewa i palmy, świeci słońce. Z okien samolotu patrzymy na duży barak - budynek lotniska. Wysiadamy. Uderzający gorąc, coś jakby zawiało z turbiny silnika. Ups, to nie silnik. Tu po prostu jest taka temperatura – trochę ponad 30 stopni. W budynku lotniska wszyscy pasażerowie to ci co wysiedli z naszego samolotu. Wszyscy jak jeden mąż sięgają po płyny i maści przeciwko komarom. My też się nie zastanawiamy długo. Chwilę później znajduje nas chłopak w żółtej koszulce i czapeczce z logiem Explorer’s Inn – wsiadamy razem z kilkom osobami do rozklekotanego, starego busa i ruszamy do centrum Puerto Maldonado – leżącego w środku dżungli miasteczka – koło którego znajduje się lotnisko.

Docieramy do biura Explorer’s Inn w miasteczku, skąd autobus zabiera inne osoby, które przyleciały wcześniej i ruszamy w dalszą drogę. Zgodnie z planem mamy teraz niecałe dwie godziny jazdy przez dżungle do brzegu rzeki Tambopata, skąd łodzią mamy już płynąć do naszego lodge. Telefony komórkowe tracą sygnał zaraz za miastem. Nie odzyskają go nigdzie przez następne dni.
Autobus trzęsie jeszcze bardziej niż samolot. Droga ziemna, pełna wertepów i zakrętów. Klimatyzacji brak, trochę powietrza wpada przez otwarte okna. Koła wzbijają chmurę pomarańczowego pyłu. Gdy coś nadjeżdża z przeciwka – widać najpierw wielką chmurę. Okna się nie domykają – za chwilę pył mamy na ubraniu, we włosach i między zębami. Jest duszno i parno. Wyglądamy przez okna – palmy, tropikalne drzewa i krzewy, czasem jakieś zabudowania – stojące na palach drewniane domki.

W końcu docieramy do celu naszej podróży – małej przystani. Tutaj po kładce z długich belek schodzimy na podest, stamtąd po deskach na długą, podłużną łódź, napędzaną z tyłu silnikiem diesla. Może pomieścić nawet 30 osób, a kołysze się na boki tak, że ma się wrażenie, że zaraz się wywróci. Przewodnicy wołają by nie robić gwałtownych ruchów i usadzają nas tak by równomiernie rozłożyć ciężar. Połowa turystów jedzie do jakiejś innej lodge po drodze, reszta z nami do Explorer’s Inn. Dostajemy kartonowe pudełka z jedzeniem (ziemniaki, kurczak, maniok, jabłka do tego woda w butelce) i możemy zjeść obiad. Poznajemy naszego przewodnika – ciemnoskóry choć nie czarny Ali, jest indianinem i pochodzi z okolic Puerto Maldonado. Będzie opiekował się nami i jeszcze 6 innymi osobami, z którymi będziemy razem podróżować. Jego angielski nie jest najwyższych lotów, ale będzie musiał wystarczyć.

Silnik zaczyna pracować, łódź odbija od brzegu i ruszamy. Po obu stronach rzeki najprawdziwszy las tropikalny. Woda ma kolor żółty, niesie wiele kawałków drewna. Podobno nie ma w niej piranii, za to są kajmany – więc lepiej nie wychylać się za bardzo z łodzi. Ali opowiada nam o dżungli i ptakach żyjących w Amazonii. Robi się już zmierzch, mijamy jakieś łodzie cumujące przy brzegu – nasz przewodnik mówi, że to poszukiwacze złota, którzy nielegalnie go tutaj szukają. Robi się całkiem ciemno, na brzegu błyskają jakieś światła – to pierwszy punkt, gdzie wysadzamy część pasażerów, pół godziny później dopływamy do naszej przystani. Drewniany pomost i schody, dreptamy mozolnie do góry, naszą trasę oświetlają pochodnie. Na ziemi ułożone drewniane belki, które prowadzą nas przez bramę do zabudowań kompleksu.
Wchodzimy do dużego okrągłego budynku na palach – okazuje się być salą spotkań i jadalnią, wszystko – od podłogi po sufit, ławy i stoły, wykonane z drewna. Wewnątrz dużo ludzi, właśnie zaczynają podawać kolację. Obsługę stanowią – jak później się okaże – studenci nauk przyrodniczych z całego świata, którzy przyjeżdżają tutaj na praktykę, a zarazem pracują przy utrzymaniu kompleksu. Kolacja bardzo prosta - lokalne ziemniaki, wołowina i maniok. Do popicia woda, można dokupić colę czy piwo. Dowiadujemy się, że w pokojach nie ma prądu, a baterie można ładować tylko w głównej sali, w dzień gdy działają kolektory słoneczne, przez dwie godziny. Łączność ze światem – tylko przez satelitę – można skorzystać z internetu w cenie (uwaga proszę siadać!) – 15$ za pół godziny. Ali informuje nas, że za chwilę dostaniemy pokoje, ale potem udamy się na nocną wyprawę w poszukiwanie kajmanów. Brzmi zachęcająco.
Do pokoju idziemy po drewnianym pomoście łączącym trzy kolejne drewniane domy na palach. Nasz pokój jak z filmu. Ściany z bambusowych belek, lóżka z białymi moskitierami, oświetlenie ze świeczek, drewniane szafki nocne, mała łazienka z umywalką, toaletą i bambusowym przepierzeniem – w kranach zimna woda. Mimo, że jest już noc jest parno i gorąco. Zostawiamy nasz ekwipunek i wracamy do sali spotkań, skąd Ali zabiera nas z powrotem na przystań.
Na wpół po omacku, pomagając sobie latarkami wsiadamy na łódź – tym razem tylko nasze osiem osób, Ali i sternik. Chwilę później diesel popycha naszą łódź na środek rzeki. Mamy zachować całkowitą ciszę. Ali siada z przodu i uruchamia potężny reflektor – długi snop światła oświetla brzeg rzeki na 100 metrów przed nami. Ali porusza nim na lewo, na prawo i poszukuje wylegujących się na brzegu lub czających się w mule przy brzegu kajmanów. Gdy da znak, sternik kieruje łódź w tamtą stronę, po czym wyłącza silnik. Zbliżamy się na kilkanaście metrów do wypatrzonego miejsca. Lampa oświetla krzaki i korzenie, coś widać. Jest mały kajman.

Błyskamy aparatami, ale brak nam porządnych lamp błyskowych. Zwierzak chowa się w wodzie. Silnik rusza – płyniemy dalej. Snop światła znów szuka zdobyczy. Powtarzamy procedurę ponownie, później znowu i tak jeszcze wiele razy. Po godzinie czas mija – Ali mówi, że teraz kajmany już pochowały się głębiej w wodzie i lesie, możemy wracać.
Zmęczeni wracamy do pokoju. Nic tylko rzucić się na łóżko i spać. Tymczasem Madzia źle się czuje bo objawy jej przeziębienia już kilka godzin temu zaostrzyły się. Uporczywy, powracający kaszel utrudnia zaśnięcie, leki wiele nie pomagają. Gorące i wilgotne powietrze pogarsza sprawę. Nie zdołamy dobrze wypocząć tej nocy.
Dzień 2 – wyprawa w głąb dżungli
Wstajemy o świcie, około 5 rano. Na zewnątrz pada tropikalny deszcz. W nocy nad okolicą przeszła burza, teraz już tylko pada. Ali woła nas na śniadanie. Zmęczeni i nie wyspani niezbyt wyobrażamy sobie całodzienną wycieczkę po lesie, która ma wypełnić nasz dzień. Po minach innych uczestników widzimy, że myślą podobnie. Na szczęście Ali nie jest aż tak szalony by ciągnąc nas w las w potokach wody, mamy więc poczekać aż przestanie padać – co nastąpi tuż przed południem. Wykorzystujemy te godziny na niespokojny sen.

Kiedy się rozjaśnia ubieramy gumiaki i peleryny przeciwdeszczowe i idziemy na krótki spacer koło kompleksu, po oznaczonym szlaku. To nasz pierwszy, bezpośredni kontakt z dżunglą. Las jest niesamowity. Drzewa ogromne, wręcz gigantyczne. Plątanina lian i krzewów trudna do opisania. Wracamy spotkać się z wszystkimi. Ali informuje nas, że za chwilę wyruszymy w drogę do leżącego 6km od obozu jeziora, które powstało w starorzeczu rzeki Tambopata. Prosi nas by pomimo wysokich gumiaków wkładać spodnie w skarpetki, żeby maksymalnie ograniczyć ryzyko ugryzienia przez jakąś mrówkę. Do tego koniecznie spryskać się środkiem na moskity. Wziąć wodę, czapki, peleryny przeciwdeszczowe, latarki. W końcu ruszamy.
Spacer przez dżunglę długo będziemy pamiętać. Generalnie lubimy i umiemy chodzić ‘w terenie’, w szczególności po górach. Ale już kiedyś wrzosowisko w Irlandii pokazało mi co to znaczy trudny teren i że czasem po prostu nie da się iść szybciej niż się da. W dżungli jest podobnie, zwłaszcza po deszczu. Ziemia rozmaka tak bardzo, że gumiaki grzęzną i przysysają się do błota. Korzenie drzew, gałęzie i liany przeszkadzają w marszu. Nie można ich niedbale odepchnąć bo na to tylko czekają pająki i nie wiadomo jakie jeszcze insekty. Marsz jest mozolny i męczący.

Tropikalna puszcza jest niezwykła. Ali co chwila przystaje i pokazuje nam okazy fauny i flory. A to wielkie mrówki czy pająki, a to żaby czy moskity. Drzewa są ogromne, nie mieszczą się w kadrze aparatu. Ali opowiada o nich różne historie i pokazuje co ciekawsze okazy: walking tree – które potrafi się przesuwać w poszukiwaniu światła i penis tree – którego korzenie wyrastając półtora metra nad ziemią, nim wbiją się w ziemie wyglądają jak wielkie, czarne penisy.

Do tego iron tree albo redwood – ogromne drzewa o średnicy pnia po kilka metrów i drewnie twardym niczym stal. Nazw oficjalnych oczywiście nie udaje nam się spamiętać.
Ali pokazuje nam małe kopczyki, w których cykady przekształcają się z larwy w dorosłego owada czy różne rośliny lecznicze. Dźwięki jakie towarzyszą nam całą drogę są niesamowite. Madzia zauważa, że już wie skąd pochodzą dźwięki wszystkich filmowych potworów i efekty specjalne horrorów. Faktycznie, można się przestraszyć. Kto by pomyślał, że cykada może wydawać hałasy niemal jak piła mechaniczna lub brzęczeć jak magistrala linii wysokiego napięcia?
Z mozołem docieramy nad brzeg jeziora, gdzie czekają na nas niewielkie drewniane łodzie. Ali wylewa wodę, a my w tym czasie z okrytej mchem, drewnianej kryjówki oglądamy taflę jeziora. Słońce jest jeszcze wysoko, czego nie było widać w zacienionej dżungli. Po chwili wsiadamy do łódek i wypływamy. Ali wiosłuje i zaczynamy krążyć po jeziorze.

W gąszczu na brzegu szaleją małpy – makaki – niestety praktycznie ich nie widać, o zrobieniu zdjęć nie ma mowy. Najwięcej udaje się zobaczyć ptaków. Największe wrażenie robią fenixy – ptaki jak żywcem wzięte z mitów greckich. Ale są też inne.

W połowie jeziora naszą uwagę przykuwają nagle kształty płynące w poprzek. To wielkie bobry, których rodzina żyje nad jeziorem. Nie zbliżamy się za bardzo by ich nie płoszyć.

Stopniowo zaczyna zapadać zmierzch, mamy okazję zobaczyć jak słońce zniża się, wydłużają cienie i nad dżungle stopniowo przychodzi noc. Wracamy do brzegu, po czym zostawiamy łodzie i ruszamy w drogę powrotną.

Noc w dżungli jest jeszcze bardziej niesamowita niż dzień. Dźwięki i hałasy nasilają się, bez latarek kompletnie nic nie widać. Na ścieżkę wypełzają liczne zwierzęta, które wyszły na żer – Ali co chwila przystaje by pokazać nam ogromne żaby czy wielkie pająki. Oglądamy ale zmęczenie zaczyna dawać się w znaki. Maszerowanie w tym klimacie jest naprawdę wyczerpujące, nawet mimo naszej ogólnie dobrej kondycji. Madzia niestety czuje się w efekcie gorzej – objawy przeziębienia znów się nasilają, a kaszel utrudnia jej marsz. Niestety nie da się wiele zrobić – musimy jak najszybciej dotrzeć z powrotem.
Po powrocie szybka kolacja, pytamy o jakieś leki na przeziębienie, które przechodzi już chyba w zapalenie oskrzeli, coś na złagodzenie kaszlu. To co mamy czyli doxycyclina, paracetamol, aspiryna, syropy, kodeina – nie pomagają za wiele. Przydałoby się coś na ten kaszel, coś rozkurczowego, zastrzyk może nawet. Tymczasem dowiadujemy się, że obsługa kompleksu – co zaskakujące – nie ma praktycznie żadnych medykamentów, które mogły by pomóc. Są naukowcy, ale nie ma lekarza, nie ma solidnej apteczki. Ali proponuje nam dezynfekcję gardła za pomocą patyczka z wacikiem i wodą utlenioną! Rety, ostatnio słyszałem o takich metodach leczenia w dzieciństwie za komuny, w latach osiemdziesiątych. A on mówi to całkiem poważnie nawet daje nam watę i spirytus. Udajemy, że będziemy stosować. A co jeśli dzieje się coś poważnego? – pytam. Przecież szpital jest w Puerto Mualdonado Ali mówi nam. Fajnie. Dwie godziny łodzią, dwie godziny autobusem przez dżungle, oczywiście o ile akurat nie pada. To ciekawe co robicie jak jakiś starszy turysta astmatyk dostanie ataku, a skończą mu się albo np.: zgubi swoje leki? Takie pytania pozostają bez odpowiedzi. Na tym m.in. polega właśnie trzeci świat. Albo masz zdrowie i kondycje – i wtedy wszystko jest w porządku, albo nie i wtedy nie licz na służby medyczne, nawet jeśli jesteś z Europy i masz pieniądze by zapłacić za nią. Licz na siebie i to co masz ze sobą.
Ostatecznie wyczerpani idziemy do pokoju gdzie wkrótce zapadamy w niespokojny sen. Ciężkie powietrze i nasilone dźwięki lasu (nie pada dziś) towarzyszą nam całą noc.
Dzień 3 – z kamerą wśród zwierząt
Znów pobudka o świcie. Słońce ledwo wstało, a my, jeszcze przed śniadaniem pędzimy do łodzi. Nasz poranny cel to obserwacja papug na jednym z klifów w pobliżu rzeki. Zaspani i półprzytomni wsiadamy do łodzi, płyniemy niedaleko, może pół godziny, po czym wysiadamy i po drewnianych schodach i pomostach wchodzimy prosto do okrytej liśćmi palm kryjówki z widokiem na otoczony przez las klif.

Przez pierwsze minuty niewiele się dzieje. Na drzewie i ziemistym klifie przed nami lata kilka małych zielonych papużek. Ali tłumaczy nam w międzyczasie dlaczego papugi przylatują nad ranem na klif: muszą zjeść trochę bogatej w minerały czerwonej ziemi, by zneutralizować toksyny zawarte w spożywanych przez nie masowo owocach – które zostały zjedzone dzień wcześniej. Innymi słowy: przylatują leczyć kaca:)

W końcu jednak nadlatuje wielka, czerwona ara, a za nią następna. Przez kolejne minuty zafascynowani oglądamy jak dwa piękne ptaki – parka – przekomarza i przepycha się na gałęziach drzewa robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Po pewnym czasie dołącza do nich kilka kolejnych. W międzyczasie na klifie robi się już prawdziwe zbiegowisko zielonych ptaszków. Do czasu – kiedy nadlatuje ara, mniejsze robią jej miejsce, a potem zostają przegonione. Wracają dopiero gdy ara odleci.
Spędzamy ponad godzinę w ukryciu obserwując ptaki. Nie myślałem nigdy, że jest to tak wciągające, nie wiem kiedy ten czas minął. Swoją drogą na przyszłość przydałby się lepsze obiektywy do robienia zdjęć. W końcu ptaki papugi odlatują a Ali daje znak do odwrotu na śniadanie.
Po śniadaniu odprowadzam Madzię do łóżka – nieprzespana noc daje o sobie znać i dalej męczy ją uporczywy kaszel – potrzebuje odpoczynku. Ja tymczasem wracam na przystań by płynąć na krótką wycieczkę na pobliską farmę. Zawsze chciałem zobaczyć jak rośnie moje ulubione awokado!

Jak może wyglądać farma położona w środku dżungli? Cóż, zupełnie inaczej niż farmy europejskie czy amerykańskie. Farmę stanowi szeroki na kilometr i długi na dziesięć pas wycięty w dziewiczej dżungli i w całości niemal zarośnięty uprawami. Farmy tego rodzaju są zakładane w porozumieniu z zarządem Parku Narodowego i za opłatą – Park ma dzięki temu większą kontrole nad poczynaniami miejscowej ludności. Dlaczego ma to duże znaczenie? Otóż np.: działalność nielegalnych poszukiwaczy złota bardzo szkodzi środowisku – z pomocą montowanych na łodziach mechanicznych sit przemywają oni tysiące ton mułu rzecznego, co bardzo zaburza środowisko wodne. Z kolei działając na dziko drwale powalają ogromne i wysokie na dziesiątki metrów drzewa stalowe (redwood) po by następnie obsypywać je ziemią i wypalać węgiel drzewny. Urobek zaś z jednego drzewa pozwala zarobić kilkanaście dolarów, co jest w tych stronach ogromną sumą pieniędzy. Indianie z czegoś muszą żyć, z drugiej jednak strony oznacza to masowe wycinanie drzew w dżungli – i to nawet nie po to by pozyskiwać szlachetne drewno, ale by wyprodukować węgiel drzewny. Stąd władze Parku starają się stwarzać mieszkańcom alternatywy dla utrzymania swoich rodzin.
Do farmy wchodzi się z drewnianej przystani. Wita nas szczekanie psa (wyglądającego jak wilczur) i zapach rozkładających się pustych kolb kukurydzy, których stos usypany został nieopodal przystani. Za zaroślami widać dach niewielkiej drewnianej chaty na palach – tam mieszkają właścicieli, mówi Ali. Chatka wygląd na zaniedbaną, obok widać inne odpadki, porozrzucane narzędzia. Z drzwi wejściowych patrzy na nas jakieś dziecko, zaraz jednak się chowa. Ruszamy ścieżką w głąb farmy, by wkrótce dotrzeć do miejsca gdzie uprawiane są papaje.
Papaje rosną w wielkich kiściach, drzewa wyglądają wręcz jakby ktoś je nimi obwiesił.

Dalej poszliśmy zobaczyć jak rosną banany. Palmy nie są wielkie, a banany wyglądają jak w sklepie. A tak wygląda serce bananowca:
Kolejna uprawa – guava, którego krzaki wyglądają trochę jak krzaki pomidora. Ali powiedział nam, że guava ma duże właściwości lecznicze – służy szczególnie do leczenia cukrzycy i podobno ma niesamowicie dobre efekty. Co ciekawe można ją spożywać tylko jeśli zostanie zerwana o świcie, po południu pokrywa się naleciną i jeśli się ją wówczas zje, to można dostać ataku swędzenia na całym ciele.
Ruszyliśmy dalej i w końcu dotarliśmy – do drzew avokado. Wyglądają podobnie do drzew orzechów włoskich.
I najważniejsze – ruszyliśmy w poszukiwanie świeżego avokado – okazało się, że 80% opadu z drzew nie nadaje się już za bardzo do spożycia – bardzo szybko się psują. Dlatego avokado trzeba zbierać od razu – z jakichś 15 które znalazłem Ali wybrał tylko dwa. Oto one:
Po avokado zobaczyliśmy jak rośnie maniok. Krzaki jak krzaki, najważniejsze w nich są jednak korzenie, z których robi się mąkę. Co ciekawe wystarczy zakopać tylko niewielki kawałek korzenia by szybko wyrósł z niego nowy krzak.
Na manioku zakończyliśmy wycieczkę. Słońce paliło już tak mocno, że ledwo szliśmy – szybko więc wróciliśmy do łodzi. A stamtąd prosto na obiad, dodatkowo uzupełniony znalezionymi przez nas avokado i zaserwowaną na deser papają.
Po obiedzie Ali zaproponował popołudniową wycieczkę do dżungli. Wszyscy byli na tyle zmęczeni, że odmówili – zdecydowała się tylko jedna Amerykanka i ja. W ten sposób we trójkę ruszyliśmy ponownie w głąb dżungli. I jak się okazało warto było. Ledwo odeszliśmy od obozu, a Ali stanął, i zaczął nam gwałtownie pokazywać na konary drzew – a na konarach zobaczyliśmy baraszkujące małpy – makaki.

Małpy są fajne. Trochę szkoda, że były tak daleko i oglądanie ich oznaczało w praktyce robienie zdjęć, a potem oglądanie ich na zdjęciach. Niemniej bardzo się cieszę bo jak potwierdził Ali, mieliśmy dużo szczęścia spotkać małpy tak blisko obozu.
Dalsza cześć spaceru obyła się już bez spotkań ze zwierzakami. Pod wieczór wróciliśmy do obozu. Madzia zebrała na tyle sił, że mogliśmy podreptać nad rzekę by obejrzeć sobie zachód słońca.
Dzień 4 – z powrotem do cywilizacji
Pobudka o świcie, szybkie pakowanie pozostałych rzeczy, śniadanie. Ostatnie minuty spacerujemy po obozie po czym kierujemy się już do łodzi.

Czeka nas dwugodzinna podróż, potem zaś jeszcze jazda zapylonym autobusem. Stopniowo wracamy do cywizilacji. W Puerto Maldonado komórka odzyskuje sygnał, dochodzą zaległe sms’y.
Na lotnisko docieramy koło południa – musimy jeszcze znowu czekać dwie godziny na spóźniony samolot. W końcu przylatuje. Tym razem jest stary Boeing więc nie trzęsie tak strasznie jak poprzednim razem. W końcu przysypani pyłem lądujemy w Cuzco. Teraz tylko znaleźć dworzec autobusowy, skąd planujemy udać się do kolejnego celu naszej podróży – nad jezioro Titicaca.