Casablanca
Casablanca
Do Casablanki dojechaliśmy późnym wieczorem. Zaraz po wyjściu z dworca opadli nas taksówkarze i pseudo-przewodnicy oferujący nam swoje usługi. Szybko okazało się ze bujają w obłokach oceniając odległość z dworca do naszego hotelu w samym centrum na 5 km, a cenę na 100 dirhamow. Pokazałem panu mapę i zacząłem delikatnie tłumaczyć ze grubo się myli ale moi współtowarzysze szybko mnie zmitygowali. W tym kraju trzeba być oaza spokoju i grzeczności bo można narobić sobie niepotrzebnych problemów. Ostatecznie zostawiliśmy taksówki i udali się do hotelu na nogach, choć super blisko do niego nie było.



Otoczenie zmieniło się w stosunku do Fezu diametralnie – szliśmy szerokimi ulicami wokół nas wysokie i zbudowane na europejska modle budynki. Chodniki pozostały jednak krzywe i zaśmiecone, a większość wyzamykanych witryn sklepowych pożerała rdza. Gdy byliśmy już prawie u celu i zapytali o drogę, przemiły Arab zaoferował się ze nas podrzuci swoim wielkim Chevroletem. W drodze zapewniał nas ze dzielnica nie jest bezpieczna w nocy, a on jest prawdziwym muzułmaninem i dlatego nam pomoże. Dodał też żebyśmy pamiętali, że nie wszyscy są tacy jak Osama bin Laden. Z wręczonej nam wizytówki wynikało ze jest managerem w jakiejś dużej firmie, bodaj spedycyjnej. W sumie milo z jego strony, tym bardziej ze spieszył się na randkę i w drodze dzwonił nawet do dziewczyny, ze się spóźni bo podwozi turystów do hotelu. Czasem dobrze kogoś takiego spotkać bo pozwala to zrobić wyłom w stereotypie, że wszyscy miejscowi to naciągacze i oszuści (a trudno jest nie nabrać takich przekonań, kiedy na każdym kroku zaczepiając cię jacyś kolesie i chcą ci coś wcisnąć po chorych cenach).
Nasz hotel okazał się sporym zaskoczeniem. Pokoje z miały być z łazienkami jak zapewniał nas pan przez telefon – i były. Tyle, że w łazienkach tylko umywalki i prysznice. Toalety – w korytarzu. I tak oto przyjęliśmy do wiadomości, że na przyszłość trzeba pytać czy w łazience jest toaleta i czy jest prysznic i czy na pewno.
Było już późno, a my znowu głodni i spragnieni, udaliśmy się wiec w poszukiwanie jakiejś restauracji. Z dużym trudem znaleźliśmy cos na pograniczu baru i jadłodajni gdzie udało nam się zjeść co nieco i wypić piwo – choć trzeba przyznać ze bezcennym był widok pana kelnera poganiającego nas żebyśmy wybierali z menu szybko cos prostego do zrobienia bo kuchnie właśnie zamykają. Wewnątrz mignęła nam grupa Polaków. Następnego dnia spotkaliśmy jednego z nich w holu naszego hotelu. Pogadaliśmy chwilę – dowiedzieliśmy się m.in. ze nasz hotel to najlepszy w okolicy bo oni byli wcześniej w czterech innych i się nie zdecydowali. Cóż, przynajmniej ominęło nas nieco traumatycznych przeżyć, chociaż ja bym chciał zobaczyć jak wyglądały te gorsze – zdjęcia mogły by się może nadać do przyszłorocznego World Press Photo w kategorii Życie Codzienne.



Rankiem ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Punkt główny wycieczki – Meczet Hassana II. Zbudowany kosztem 200 mln dolarów trzeci co do wielkości na świecie i jako jedyny udostępniony do zwiedzania niewiernym. Świątynia wygląda z oddali bardzo okazale – jest budynkiem wolnostojącym, który wznosi się nad brzegiem morza, a jego minaret góruje nad okolica. Z bliska jego bramy, luki i fontanny również robią duże wrażenie.
Znaleźliśmy kasę w podziemiach i szybko kupili bilety (cena specjalnie dla turystów 12 euro, dla Marokańczyków i turystów studentów 6 euro, dla marokańskich studentów i emerytów 3 euro – od razu widać, że ktoś tu czytał o segmentacji rynku). Przyłączyliśmy się do właśnie zaczynającej się wycieczki oprowadzanej przez przewodnika – jak się okazało wycieczki złożonej w całości z Polaków. Pani przewodniczka tłumaczyła na polski coś około polowy tego co mówił przewodnik po angielsku ale milo było usłyszeć mowę ojczysta w tym jakże egzotycznym miejscu. Okazało się też, że weszliśmy jako ostatnia grupa bo po południu zaczynał się już Ramadan (który trwa miesiąc...), a w Ramadanie meczetu zwiedzać się nie da.



Wkroczyliśmy do wnętrza – ogromnego wnętrza. Myślę ze Boeing 737 z powodzeniem by się tam zmieścił, a pewnie jak by drugiego za nim ustawić to ciasno by im nie było. Wielkie kolumny podtrzymują dach wysoko, wysoko nad głowami. Na środku znajduje się wielki otwór, przez który wpada światło słoneczne. Nie ma żadnego ołtarza (a tylko ściana wschodnia – kierunek Mekki), choć podłogi, kolumny, ściany i sufit są misternie zdobione. Wielkie drewniane bakony również robią wrażenie. Podłoga wyłożona wykładzina, wiec buty musimy nosić w foliowych siatkach (w meczetach chodzi się na bosaka, buty zostawia w przedsionku).



Gdy opuściliśmy sale przewodnicy zaprowadzili nas do podziemi. Jednym z obrzędów Islamu jest rytualne obmycie się przed modlitwa - i dlatego podziemia meczetu to wielki hammam, czyli łaźnia. Łaźnia stworzona do obsługi tysięcy wiernych jednoczenie, robi wiec niemałe wrażenie, choć wewnątrz panował półmrok i było bardzo parno. Z radością przywitaliśmy z powrotem światło słoneczne.
Po opuszczeniu Meczetu udaliśmy się na spacer po mieście. Trafiliśmy do dzielnicy biznesowej i administracyjnej - pełnej siedzib międzynarodowych i marokańskich korporacji oraz ambasad. Stamtąd przeszliśmy do pięknego parku miejskiego gdzie mogliśmy przez chwile wypocząć. Gdy opuściliśmy park trafiliśmy nawet na nasz polski konsulat.



Z parku skierowaliśmy się do chrześcijańskiej katedry – pozostałości po francuskiej kolonizacji. Z oddali widać było okazałe wieże, wrażenie psuło trochę to, że wyglądały na wykonane z otynkowanego betonu. Podeszliśmy pod wejście - teren katedry wyglądał trochę jak opuszczona budowa, cóż, pomyślałem, pewnie jakiś remont. Weszliśmy do środka mijając pana przy stoliku w holu.
Wydaje się, że tydzień pobytu w Maroko powinien nas przygotować i uodpornić na pewne rzeczy, ale po wejściu do wnętrza i tak przeżyliśmy wstrząs. Tak koszmarnego kościoła, czy może raczej wielkiego betonowego baraku mieniącego się kościołem, w życiu jeszcze nie widziałem. Ciężko to w ogóle opisać - po prostu wielka betonowa hala z jakimiś witrażami na końcu. Wszędzie kurz i pyl. Ciemno. Z holu dość głośno gra arabskie radio pana, który jak się okazało pobiera opłaty za wejście na górę, na wieżę. Decydujemy się wejść - schody jak po bombardowaniu, zasypane pyłem, gruzem, z potrzaskanymi drewnianymi balustradami, pełne gołębi i ich odchodów, okna bez szyb. Wyjście na gore stanowiło nie lada przeżycie. Nagrodą był piękny widok na cala Casablance. Ale jakoś ciężko się było nim zachwycać...


Po wyjściu z "katedry" mieliśmy wątpliwości czy odwiedzać położony nieopodal mniejszy, zabytkowy kościół. Zwłaszcza, że w miejscu, w którym miał być położony znajdował się parking. Okazało się jednak, że mapa nie była dość dokładna, a kościółek, otoczony wysokim murem leży zaraz obok. Wewnątrz miły park pełen kwiatów, świątynia niestety była zamknięta - choć z zewnątrz prezentowała się bardzo ładnie.
Ruszyliśmy dalej - kierując się na główny plac miejski. Po krótkim odpoczynku, udaliśmy się w poszukiwanie jedzenia. Uznaliśmy, że mamy ochotę na pizze, a że wcześniej widzieliśmy gdzieś Pizza Hut - zdecydowaliśmy się poszukać podobnej restauracji. Tutaj wielkie podziękowania należą się Sylwii i Piotrkowi, którzy wsparli nas smsami z informacja pozyskana dzięki internetowi. Dziękujemy!
Po obiedzie i obowiązkowej kawie postanowiliśmy udać się jeszcze nad morze. Plaża okazała się być całkowicie skomercjalizowana - wzdłuż niej zbudowane zostały hotele, kluby sportowe, restauracje i baseny. Żadnych barów. Spędziliśmy tam jednak resztę wieczoru, a kiedy się ściemniło udaliśmy się z powrotem do centrum.


Ostatni epizod naszego pobytu w Casablance wymaga chyba ustnej opowieści. Okazuje się bowiem, że dla marokańskich taksówkarzy słowo 'Airport' (również Flughafen lub Aeropuerto) stanowi wielka i nieodgadniona zagadkę. A podróż na lotnisko w Casablance, leżące chyba kilkadziesiąt kilometrów od niej, dostarczyła nam niemałych wrażeń. Na szczęście w całym zamieszaniu udało się odnaleźć Ewę, która właśnie przyleciała, i wrócić z nią późną nocą do hotelu.