Berlin
Berlin 18.09.08 – 22.09.08
Berlin – szczerze mówiąc, nie wybierałam się tam, nie planowałam, myślałam sobie – to na pewno ciekawe miejsce, ale tyle jest ładniejszych i bardziej interesujących miast, których jeszcze nie widziałam, że może kiedyś, ale jeszcze nie teraz...
Tymczasem, moi szefowie podjęli decyzję, że w tym roku to właśnie miasto stanie się celem naszych architektonicznych podbojów.
A że „darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda”....
Tak więc, ledwo zdążyłam ochłonąć z gorących wrażeń, jakich dostarczyła nam podróż do Maroka, a już kilka dni później siedziałam znowu w samolocie.
Zatrzymaliśmy się w Hotelu Holiday Express przy Kurfürsten Straße. No cóż – małe pokoje, niezbyt przytulne ale przynajmniej czyste i przede wszystkim blisko centrum.
Śniadanka kontynentalne – czyli dżemik i płatki, żadna rewelacja, ale lepsze niż nic.
Pierwszego dnia, nie załapaliśmy się jednak na śniadanko, bo w hotelu byliśmy o 11:00. Zostawiliśmy więc bagaże w depozycie i udaliśmy się na pyszne śniadanko do Einstein Cafe mieszczącej się przy tej samej ulicy w zabytkowej willi z okolic lat 30 XXw. Wystrój kawiarni był jednak nieco bardziej „nowoczesny” – na oko lata 50. Bardzo miła obsługa i bardzo duży wybór w menu sprawiły że śniadanko zaliczamy do jak najbardziej udanych. Pyszna kawa postawiła nas na nogi i mogliśmy dzięki temu jako tako funkcjonować przez następne kilka godzin.

Spacerkiem udaliśmy się do dzielnicy ambasad, i tym samym zwiedzanie Berlina rozpoczęliśmy od podziwiania współczesnej architektury światowej.
Tzw. Kwartał Ambasad to kilka ulic odchodzących od Tiergarten Str. od strony północnej otwarty na Park, od południa ograniczony kanałem wodnym.
Polecam ten niewielki obszar wszystkim miłośnikom architektury. Niektóre rozwiązania wprawiają w zachwyt, inne rodzą nieskrywaną niechęć, jeszcze inne wydają się po prostu intrygujące, ale niewiele jest tam budynków tzw. przeciętnych i obojętnych. Warto zobaczyć.



Ponieważ nikt z nas nie jest fanem niemieckiej kuchni, kolację tego dnia zjedliśmy w Japońskiej restauracji - Shiro specjalizującej się w wybornym Sushi. Bardzo prosty biało – niebieski wystrój wnętrz, artystycznie podane, smakowite potrawy i bardzo miła obsługa były świetna nagrodą na koniec długiego dnia. Polecam to miejsce miłośnikom japońskiej kuchni.
Drugi dzień naszej wizyty w Berlinie rozpoczęliśmy spacerem po dzielnicy biurowców,
czyli w okolicy Klingel hofer Straße.
Te bardzo nowoczesne budynki mimo ogromnej różnorodności materiałów, form i rozwiązań technicznych, posiadają pewien wspólny mianownik – są eleganckie, zaprojektowane ze smakiem i wyważone pod względem formy.
Dbałość o detal, solidność, trwałość materiałów i harmonia wykorzystywanych środków wyrazu oraz prawie w każdym przypadku, dbałość o ekologiczny charakter obiektu stwarzają przyjazne warunki do pracy.



Kolejnym punktem naszej wycieczki był rejs stateczkiem turystycznym po rzece Spree.
Przeszliśmy więc spacerkiem przez Tiergarten aż do bulwarów i dotarliśmy do Domu Kultur Świata. Tam zjedliśmy typowo niemiecki lunch – bitki z ziemniaczkami i gotowanymi warzywami. Zamiast kompotu większość z nas dała się namówić na coś co miało być imbirowym piwem, ale smakowało jak lemoniada, która może kiedyś stała na półce koło imbiru - bo koło piwa na pewno nie.
Dom Kultur Świata to miejsce spotkań i warsztatów teatralnych, plastycznych, filmowych i wszelkich innych artystycznych wydarzeń organizowanych przez międzynarodowe grupy. Podczas naszego pobytu tam, niestety nie było żadnej ekspozycji, ani żadnych warsztatów. Sam budynek nie jest zbyt interesujący, choć na zdjęciach w internecie wydawał się bardzo nowoczesny i warty uwagi. W rzeczywistości jest to ciężkawe skupisko klocków w nie do końca chyba przemyślanej konfiguracji – przynajmniej takie jest moje wrażenie.
Po lunchu weszliśmy na jeden z cumujących w pobliżu stateczków i rozpoczęliśmy nasz rejs. Niestety pogoda nie zachęcała do siedzenia na górnym pokładzie, nie było też za bardzo warunków aby robić zdjęcia. Ale sama trwająca około godziny przejażdżka warta jest tych kilku Euro. Statek płynie najpierw na Wschód – po drodze zobaczyć można m.in. wspomniany wcześniej Dom Kultur Świata, Kancelarie Bundestagu, Hauptbanhof – czyli dworzec główny, Bundestag, Reichstag, Instytut Sportu, oraz Kwartał Muzeów. Następnie prom zawraca, wraca powoli na wysokość przystani startowej i następnie płynie na zachód – tam podziwiać można bulwary Tiergarten, stare kamienice po północnej stronie rzeki, oraz nowe osiedla mieszkaniowe, położone nieco bardziej na zachód od Parku. W trakcie wycieczki przewodnik opowiada historię Berlina, niestety akurat taśma z tłumaczeniem angielskim była zepsuta, z należytym więc szacunkiem wysłuchaliśmy niemieckiej wersji, co bynajmniej nie zbliżyło nas ani o krok do historii, gdyż oprócz Seana i Immanuela nikt z nas po niemiecku nie rozumiał ani słowa.


Po popołudniowej sjeście udaliśmy się metrem do centrum. Wysiedliśmy na Potsdamer Platz i po obowiązkowych zdjęciach muru berlińskiego ruszyliśmy w kierunku północnym, aż dotarliśmy do Pomnika Pomordowanych Żydów Europy. Jednym pomnik bardzo się podoba, inni nie za bardzo rozumieją jego ideę, jedno trzeba przyznać - skłania do refleksji. Ci którzy poświęcą chwilę, aby się zatrzymać i zastanowić nad wymową tego miejsca, przejdą się po placu, pomyślą, a następnie wejdą do muzeum, na pewno zakręci się łza w oku. Otoczony z trzech stron bardzo różnorodną architekturą plac, jest jakby wyspą refleksji w samym centrum ruchliwego, bardzo zajętego miasta. Jego zachodnią granicę wyznacza „ściana” drzew Tiergarten – bardzo symbolicznie „las” kamieni przechodzi w las drzew – a może na odwrót?


Z tego symbolicznego miejsca przeszliśmy pod kolejny pomnik historii – Bramę Brandenburgską. To co od razu uderza turystę, to to, jak dziś to miejsce funkcjonuje – plac przed Bramą to niemalże Agora – z jednej strony protest jakieś młodzieżówki, z drugiej strony jakaś akcja charytatywna, na środku turyści robią sobie zdjęcia z misiem i niemieckim żołnierzem, kilku mimów, kilku hipisów, policja, wojsko pod ambasadą. Masa ludzi.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, niektórzy z nas pewnie nawet nie wiedzieli po co?



Chwilę później byliśmy już całą grupą pod Reichstagiem. Długa kolejka i zmęczenie zniechęciły nas do wejścia do środka. W zamian pokręciliśmy się na około robiąc zdjęcia, a następnie usiedliśmy na kawę w pobliskiej kawiarni. Tam przez okno zabawiała nas gigantyczna marionetka prowadzona przez 5 ubranych na czarno mimów.



Po kawie przeszliśmy w kierunku budynków Bundestagu, a następnie Dworca Głównego.
O ile Bundestag to betonowo - szklany rząd budynków, bardzo prostych i przywodzących na myśl japońską architekturę współczesną, to dla kontrastu Hauptbanhof jest ogromnym zestawem szklanych płyt na stalowej konstrukcji. Całkiem przezroczysty, błyszczący w słońcu, hołd szklanej architektury mnie osobiście się nie spodobał.



Tego wieczoru pod nasz hotel podjechały dwie duże taksówki. Jechaliśmy prawie 40 min ciemnymi ulicami Berlina – wydaje mi się, że na wschód.
Nasza taksówka zatrzymała się na bardzo ciemnej aleji, pod starą, zruinowaną kamienicą, która wyglądała jakby się miała zawalić. Byliśmy prawie przekonani, że trafinliśmy pod zły adres, ale Immanuel, który jechał w drugiej taksówce potwierdził, że trafiliśmy dobrze. przeszliśmy parę metrów po wyboistym chodniku, doszliśmy do ogromnej stalowej bramy, która prowadziła na teren czegoś, co kiedyś mogło być fabryką. Chodnik się skończył, szliśmy teraz po bardzo nierównych „kocich łbach”, a gdy i ta nawierzchnia się skończyła ugrzęźliśmy w czymś co kiedyś być może było żwirową drogą, a dziś wymieszane z ziemią stanowiło rodzaj ścieżki. Ciemno, na około ruiny, a przed nami trzy pijane laski w szpilkach i kłusych spódniczkach....zapowiadało się dobrze – szczególnie ucieszeni byli nasi koledzy.
Doszliśmy do rzeki – dalej drogi już nie było, za to po lewej stronie, na tyłach „fabryki” paliło się światło, dostrzegliśmy też białe płachty rozpięte nad drewnianym trapem i wiklinowe kanapy. Od razu lepiej. Przeszliśmy przez „taras” i weszliśmy do środka ceglanej hali przez ogromne czarne stalowe wrota. Wewnątrz – czarne ściany, i białe kurtyny zwisające z jakiejś stalowej podwieszanej konstrukcji. Od razu podszedł do nas uprzejmy , na czarno ubrany „lokaj” i po prosił o nasze płaszcze, a następnie zniknął gdzieś. Prawie w tym samym momencie pojawił się drugi „lokaj” i poprowadził nas w głąb hali. Przed nami wyrósł ogromny stalowy kontener – taki w jakim na statkach przewozi się towar. Miły Pan powiedział że w środku znajdują się toalety, a na górze – balkon „ użytkowy”. Po lewej w przerwie między dwoma kotarami znajdowało się wejście do kolejnego „wnętrza”. Przestrzeń na środku której znajdowały się ciężkie, czarne, drewniane ławy – przy niektórych już siedzieli goście, ograniczona była z czterech stron białymi płóciennymi kurtynami. Po prawej stronie znajdowała się scena, na której stroił się jakiś zespół. Na wprost wejścia znajdował się podświetlony bar, a po lewej - ogromne białe łoża obsypane wielkimi białymi poduchami, na nich też już leżeli goście, popijając drinki.
Po pysznej kolacji poproszono nas abyśmy zechcieli przenieść się, do części „sypialnianej”, następnie pięknie umięśnieni panowie w czerni wynieśli ławy, na których jedliśmy, unosząc je wysoko nad głowami gości – tak , żeby każdy mógł zobaczyć jacy są silni.
Po tym show na środku powstało spore miejsce do tańczenia, jeszcze przez chwilę plumkał zespół, po czym do pracy zabrał się DJ. Muzyka była jak na mój gust średnia ale porywała do tańca, więc bawiliśmy się przednio. Kiedy nogi odmawiały posłuszeństwa, albo problemy z błędnikiem uniemożliwiały nawigację wracaliśmy do naszego łoża sączyć drinki.
Spacerując po „fabryce” odkryliśmy jeszcze jeden kontener w którym mieściła się mała sala z całkowicie inna muzyką, oraz jeszcze jeden – niestety niedostępny kontener w którym prawdopodobnie mieściła się kuchnia.
Kiedy atmosfera na sali zrobiła się duszna, impreza przeniosła się częściowo na taras, tam przy lampach ogrzewających można było podziwiać gwiazdy, lub światła na drugim brzegu rzeki – tych drugich nie było za wiele – prawdopodobnie po drugiej stronie znajdowały się także fabryki i magazyny.
Bawiliśmy się przepysznie do rana. Ciężko było na drugi dzień zwlec nogi z łóżka, a jeszcze ciężej było zmusić je do chodzenia.

Nie było zmiłuj...rano odstaliśmy swoje w kolejce do Reichstagu, ale przyznam, że warto było – piękna panorama miasta i możliwość zwiedzenia jednej z najbardziej znanych współczesnych kopuł zrekompensowały w pełni niedogodność czekania w kolejce.
Trzeba przyznać, że zwieńczenie Reichstagu robi ogromne wrażenie, możliwość wejścia na samą górę kopuły również – tym bardziej że konstrukcja jest tak pomyślana, że człowiek absolutnie nie odczuwa lęku przestrzeni, czy wysokości, natomiast jest całkowicie pochłonięty obserwowaniem spiralnej kładki która wiedzie go na górę, oraz centralnego trzonu pokrytego lustrami. Odbicia naturalnego światła, oraz piękny widok robią duże wrażenie.


Po południu mieliśmy czas na zakupy. Trzeba przyznać, że zakupy w Berlinie to sama przyjemność – sklepów jest masa, wybór ogromny, od najdroższych i najnowoczeniejszych marek, przez wszystkich renomowanych projektantów, aż po dostępne dla wszystkich niedrogie butiki. Oczywiście pokusiliśmy się na wizytę w Galeriach Lafayett, zjedliśmy tam nawet lunch – tym razem – pierogi. Ale o zakupach w tym miejscu mogliśmy tylko pomarzyć. Szybko przerzuciliśmy się na okoliczne – w dalszym ciągu drogie – no bo to przecież centrum- sklepy przy ulicy Friedrichsraße. Większość z nas obłowiła się kupując pamiątki przy Unten dre Linden.
Tego dnia kolację zjedliśmy w samym centrum. Po smacznym włoskim posiłku udaliśmy się do rekomendowanego przez jedna z kelnerek baru. Bar jak bar, może poza tym nieskromnym faktem, że na ścianie znajdowała się podświetlona tapeta pełna gołych bab. Tłok straszny, średnia wieku tak koło 50. I właściwie żadnej muzyki, wkrótce przenieśliśmy się na zewnątrz, gdzie sączyliśmy spokojnie piwo otuleni ciepłymi czerwonymi kocykami.
Ostatni dzień naszej wycieczki zaczęliśmy od zwiedzania wschodniej części miasta. Poza straganami na których można wyrobić sobie „Paszport” ZSRR, albo kupić Rosyjska Baboszkę ta część miasta nie robi dużego wrażenia. Jest zdecydowanie uboższa architektonicznie, choć widać tu coraz więcej nowoczesnych plomb i całkiem nowych kwartałów zastępujących całkowicie zniszczone kamienice.
Trzeba także przyznać, że stała się ona szczególnie modna ostatnio ze względu na otwierające się tutaj coraz to ciekawsze kawiarnie, restauracje i galerie.


Kierując się na północ dotarliśmy także do Muzeum Judaizmu. Przyznam szczerze, że budynek ten jest nieco przereklamowany i na zdjęciach wygląda dużo lepiej niż w rzeczywistości. Wciśnięty na małej działce nie jest odpowiednio wyeksponowany, ponadto, to co tak pięknie wygląda na planie w przestrzeni zatraca całkowicie swoją czytelność i gdyby nie zaewaluowany opis całego założenia i koncepcji jaki wręczany jest każdemu turyście można by się w nim po prostu zgubić. Jako muzeum jest on formalnie ciekawy ale ma tylko kilka mocnych punktów takich jak ciemne wnętrza w ostrych narożnikach, lub ciekawie rozwiązane elementy konstrukcji. W pewnym jednak momencie dzieje się tam za dużo rzeczy na raz, jak na tak niewielką przestrzeń. Zamiast skupić się na historii i ekspozycji, człowiek zaczyna się martwić, czy jest w stanie się stamtąd wydostać. Ponadto w wersji audio przewodnika trochę zbędne wydało mi się położenie takiego dużego nacisku na wyeksponowanie twórczości samego architekta. Pierwsze kilka rozdziałów poświęcone jest – nie historii Żydów, ale biografii Liebeskinda – co najmniej jakby turyści przychodzili tam przede wszystkim po to, by podziwiać sam budynek, a nie jego zawartość. Uważam, że jest to trochę nie na miejscu. Informacje o budynku mogłyby znaleźć się na samym końcu. Myślę, że dobra architektura powinna mówić sama za siebie.



Po smacznym lunczu we francuskiej restauracyjce udaliśmy się spacerkiem znowu do części wschodniej, stamtąd wróciliśmy do części zachodniej i resztę dnia każdy z nas spędził odpoczywając, lub robiąc zakupy. Po południu spotkałyśmy się z Karoliną w Sony Center, zjadłyśmy smaczny obiadek, zrobiłyśmy jeszcze kilka zdjęć sąsiednich biurowców i spacerkiem wróciłyśmy do hotelu. Po drodze zatrzymałyśmy się jeszzce na chwilę przy galerii zaprojektowanej przez Miesa Van der Rohe. W środku wisiały właśnie kolorowe płótna jakiegoś Współczesnego Japońskiego Twórcy, na zewnątrz ciepłe popołudniowe słońce łagodziło nieco ostrą sylwetkę potężnego stalowego dachu opartego na 9 filarach. w całkowicie przeszklonych ścianach budynku odbijały się sąsiednie budowle oraz stalowa rzeźba przedstawiająca coś na kształt grupy ludzi z podniesionymi, złączonymi rękami.



Jedno trzeba przyznać: Berlin jest ogromną mieszanką kulturową. Architektura, sztuka, kultura, społeczeństwo, a nawet polityka tego miejsca to ogromny zlepek kompletnie od siebie różnych elementów. Można tu znaleźć wszystko – totalne piękno i przerażającą brzydotę, harmonię i chaos, ludzi szczęśliwych i ludzi biednych, miejsca ciekawe i miejsca zapomniane. Wszystko to splata się jednak w jedną całość, która wydaje się - teraz po tylu latach funkcjonować coraz lepiej. Tolerancja i współistnienie tak różnych elementów w jednym miejscu sprawia, że Berlin jest bardzo ciekawym miejscem do życia, ale także do zwiedzenia – każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Nasza podróż dobiegła końca następnego dnia rano kiedy stanęliśmy na pokładzie samolotu linii lotniczych Ryanair i uświadomiliśmy sobie, że wracamy do....takiego małego irlandzkiego miasteczka.... Dublina.