Mancora
Mancora 26.09.09-3.10.09
Po 16 godzinach jazdy wysiedliśmy z autobusu totalnie zmięci. Wokół pojazdu już zgromadzić się zdążył tłumek tubylców, którzy od razu, łamaną angielszczyzną zaczęli proponować nam podwiezienie, do hotelu i tanie noclegi. "Jak w Maroko" - pojawiła się pierwsza myśl w mojej głowie, ale zaraz została zweryfikowana - tubylcy bowiem w przeciwieństwie do Arabów nie byli natrętni i jedna odmowa wystarczyła aby odeszli. Ucieszyło mnie to, bo na prawdę nie miałam ochoty tłumaczyć, że "dziękujemy, ale nic nie potrzebujemy". Kiedy tylko odzyskaliśmy nasze bagaże udaliśmy się powolnym krokiem w kierunku centrum. Wprawdzie Mancora duża nie jest ale gdy człowiek dźwiga duży plecak, głodny, zmęczony i zły - bo już chciałby być na miejscu tzn. w hotelu... te kilkaset metrów ciągnie się i ciągnie... W naszym przewodniku mieliśmy podane kilka nazw hoteli, które z opisu wydawały się zachęcające, problem polegał na tym, że w Mancorze nie ma adresów, tzn. - nie ma nazw ulic, ani żadnej numeracji budynków, kiedy więc zaczęliśmy pytać lokalnych gdzie jest taki i taki hotel okazywało się, że albo nie wiedzą, albo tłumaczą nam jak do niego dojść w sposób taki, że prędzej doszlibyśmy na butach do Limy niż znaleźli pożądane miejsce. Kiedy nawet w informacji turystycznej okazało się, że uprzejma, mówiąca tylko po hiszpańsku Pani nie wie gdzie są jakie hotele i nie ma dla nas żadnej mapy lekko się zirytowaliśmy. Ja zbuntowałam się pierwsza, zrzuciłam plecak w najbliższej kawiarni, zamówiłam sobie śniadanie i wysłałam Męża na zwiady: " Idź i poszukaj jakiegoś hotelu i wróć po mnie jak już wszystko ustalisz."

Kiedy Tomek biegał w poszukiwaniu noclegu ja zachwycałam się pysznym chlebem wieloziarnistym z rodzynkami i całkiem niezłą kawą w Angela's Place. Po ok. 20 min. mój ukochany Mąż wrócił z całkiem dobrą wiadomością - mamy nocleg, niedaleko, blisko plaży i w znośnych warunkach. Zabraliśmy plecaki i poczłapaliśmy do Sol y Mar. Za jedyne 20 soli od osoby mieliśmy dostać pokój z podwójnym łóżkiem i łazienką. Pokój, który recepcjonista pokazał Tomkowi - podobno jedyny wolny miał się znajdować na parterze zaraz koło recepcji i baru - średnie miejsce. Wystarczyło jednak, że zaczęłam rozmawiać z recepcjonistą po hiszpańsku i nalegać, że chcielibyśmy jakiś z ładnym widokiem i w ogóle... i nagle okazało się, że w sekcji nad samym morzem, na drugim piętrze z widokiem na plaże i palmy jest jeszcze jeden wolny pokój....i tak o to zainstalowaliśmy się w całkiem przyjemnej lokalizacji w pokoju z sufitem z bambusa, bambusowym łożem i z bajkowym widokiem na rajską plażę....Całkiem nieźle jak na początek Miodowego Miesiąca - pomyślałam...

Szybko jednak moje myśli wróciły z raju na ziemię - wystarczyło wejść pod prysznic... z którego lała się lodowata, słona!!! woda - fuj. No ale cóż pomyślałam - mamy pokój z widokiem za jedyne 20 soli - jakoś damy radę....
Jak się potem okazało zimna woda w prysznicu to nie jedyna niespodzianka jaka na nas czekała... kiedy bowiem udaliśmy się na upragnioną - zwłaszcza prze Tomka kawę dostaliśmy w jednym kubku ciepławą wodę, a w szklanym flakoniku zimny roztwór kawy. Po wymieszaniu powstała ciecz o brązowym kolorze i smaku zimnej wody, którą ktoś kiedyś wypłukał może resztki kawy z ekspresu......brrrr...
Żeby poprawić sobie humor poszliśmy na plażę...Tu przynajmniej nie zawiedliśmy się... słońce grzało mocno, wiatr od morza sprawiał, że nie czuliśmy gorąca a jedynie przyjemne ciepło, a na plaży nie było, jak to zwykle bywa dzikich tłumów rozwrzeszczanych turystów.
W Peru o tej porze dopiero zaczyna się wiosna - w Mancorze, która jest blisko równika temperatura była około 25-30 stopni, a ranki i wieczory chłodne. Sezon zaczyna się tam w listopadzie, a najwięcej turystów przyjeżdża w Grudniu i Styczniu, dlatego teraz bary, restauracje świeciły pustkami, a na plaży poza tubylcami i maniakami surfingu, było jeszcze paru kajciarzy i sporadycznie jacyś Amerykanie z US.

Kiedy koło godziny piątej zaczęło robić się chłodniej, zebraliśmy się i podreptaliśmy do hotelu, po drodze sprawdzając jak kształtują się ceny lekcji surfingu i wypożyczania sprzętu. Za 10 soli można pożyczyć deskę, a godzina lekcji kosztuje 45 soli. Nie jest to tanio, ale jak się potem okazało - na prawdę warto popływać trochę z instruktorem. Postanowiliśmy, że od jutra zaczynamy... szkółka mieściła się pod naszymi oknami, więc nie mieliśmy daleko.
Na kolację wybraliśmy się nad morze. Wprawdzie o 19 było już po zachodzie słońca, ale za to niebo miało kolor cudownie czerwony, a delikatny szum fal i zapach słonej wody tworzą całkiem udany akompaniament do przepysznego Ceviche z owoców morza.
Po kolacji na drewnianym tarasie zadaszonym strzechą z palmowych liści, zimne ciemne i lekko słodkawe piwo Cuzqueña smakuje wybornie...
Kolejne kilka dni spędziliśmy rozkoszując się słodkim nic nie robieniem.
Wysypialiśmy się za wszystkie czasy - no może z wyjątkiem tej pamiętnej nocy, kiedy to w naszym hotelu odbywała się impreza i do 5 rano wszyscy -czy tego chcieli, czy nie musieli znosić tragiczne umcyk umcyk i hej lalala.
Po śniadanku z widokiem na ocean i palmy, zwykle schodziliśmy na plażę i jedno z nas szło popływać na desce, podczas gdy drugie smażyło się na słońcu. Tomek najpierw wypożyczył deskę na godzinę i postanowił sam spróbować...Okazało się jednak, że nie jest to takie proste. Ja nie byłam taka odważna i oddałam się w ręce fachowca. Przystojny Carlos najpierw wytłumaczył mi na czym w teorii polegają tajniki tego sportu, potem przeprowadził rozgrzewkę, następnie pokazał na sucho co i jak, narysował deskę na piachu i kazał ćwiczyć, a następnie wręczył mi ciężką , wielką dechę i popłynęliśmy...

Carlos wybierał odpowiednią falę, następnie ustawiał odpowiednio deskę, w odpowiednim momencie krzyczał: "arriba" czyli "do góry", a ja wstawałam chybotliwie. Kiedy udało mi się złapać równowagę Carlos puszczał deskę, a ja zaczynałam walkę, żeby się na niej utrzymać.
Kiedy już wyczułam jak balansować, następnym krokiem było nauczenie się wstawania na deskę bez konieczności podtrzymywania jej przez instruktora. Wcale nie jest to łatwe:) Po opanowaniu przeze mnie tego materiału Carlos podniósł nieco poprzeczkę i rozpędzał moją deskę tak, abym musiała szybciej wstawać.
Przyznam że satysfakcja jest ogromna kiedy po pewnym czasie człowiek może już pewnie stanąć i przepłynąć na fali całkiem spory kawałek. Po godzinnej lekcji byłam całkowicie przemarznięta, zmęczona, ale bardzo zadowolona.

Na plaży zwykle leżeliśmy do południa kiedy to włączał się zegar biologiczny Tomka i udawaliśmy się na poszukiwanie kawy....Nie było to takie proste - kawę bowiem serwują w Mancorze w każdym barze, tyle, że nie w każdym smakuje ona jak kawa. Najlepsza jaką udało nam się wypić była u Angeli, całkiem niezłą serwowali też na tarasie w hotelu, w którym znajduje się szkółka surfingowa - zaraz przy plaży i dwa kroki od naszego Sol y Mar.
Po kawie wracaliśmy na plaże, lub spacerowaliśmy po miasteczku. Miasteczko to nawet chyba trochę za dużo powiedziane, Mancora to miejscowość turystyczna - z jedną główną ulicą - a właściwie szosą - bo przez środek biegnie Panamerican Highway, od której odchodzą małe, niewybrukowane uliczki. W centrum znajdują się głównie bary i restauracje, apteki i kilka sklepów z ciuchami i jedzeniem, kościół, niewielki deptak, przy którym stoją kolorowe stoiska z pamiątkami, informacja turystyczna w której nic się nie można dowiedzieć oraz kilka kafejek internetowych ze sprzętem z poprzedniej epoki i "locutoriów"- czyli miejsc z których można tanio dzwonić lokalnie i za granicę.
Kiedy popołudniami spacerowaliśmy po Mancorze odkryliśmy bardzo blisko deptaku stoisko z lokalnymi słodyczami - pyszne czekoladki nadziewane dziwacznymi odmianami orzechów i kawałkami tropikalnych owoców, manjar - czyli odmiana karmelu mieszanego z mlekiem, oraz wiele innych dziwnych w smaku łakoci kupowaliśmy codziennie coś innego, żeby było do kawy.
Wracając na plażę zaopatrywaliśmy się jeszcze w przedziwne tropikalne owoce. O ile do eksperymentowania ze słodyczami Tomek był chętny, to do jedzenia cudacznych owoców nie koniecznie. Ja za to co dziennie próbowałam czegoś innego, a to guanabanana, a to chirimoya, a to lúcuma...a to jakieś dziwne coś z glutowatą galaretką w środku, nazwy nie pamiętam...
Mniam...

Kiedy ja testowałam co dziwaczniejsze owoce, mój ukochany Mąż testował o kolei przeróżne napoje....Ciemne i jasne lokalne piwa - Cuzqueña, Pils, Inka Cola, Mleko prosto z kokosa, i inne takie. Po kilku dniach z testowania płynów spożywczych przerzucił się jednak na testowanie płynów kosmetycznych....Okazało się bowiem, że mimo "murzyńskiej" karnacji spalił sobie skórę, nie wiedząc jak i gdzie. Wiatr od oceanu jest bowiem zdradliwy - przyjemnie leży się na plaży kiedy człowiek ma wrażenie, że wcale nie jest gorąco - nie należy jednak zapominać, że słońce tak blisko równika jest wyjątkowo ostre. Kiedy więc sycząc z bólu, nie mogąc spać, ani normalnie się ubrać, ani tym bardziej się wymyć - oj to boli, zwłaszcza kiedy woda w kranie jest słona - Tomek smarował się wszystkimi możliwymi kremami, ja po woli dojrzewałam do myśli, że czas najwyższy zmienić hotel, na taki w którym będzie normalna woda.
Wybraliśmy się na dłuuuugi spacer po Mancorze w poszukiwaniu nowego lokum. Standardu można spodziewać się każdego - widzieliśmy bardzo skromne pokoje z obskurnymi łazienkami i luksusowe apartamenty, zwiedziliśmy parę hoteli mniej więcej 2 gwiazdkowych i kilka prawie 4:) Te droższe i bardziej zaciszne zlokalizowane są na zachód od centrum, w pobliżu portu, oraz całkiem na wschód w kierunku Punta Sal.

Ceny w centrum kształtowały się od 20 soli do ok.100 dolarów. Przy czym te hotele i pensjonaty, które cenę podawały w solach, przeważnie nie oferowały ciepłej wody:)
Ostatecznie zdecydowaliśmy się La Quebradę - nieduży cały zbudowany z drewna pensjonat ze ślicznym ogrodem palmowym wokoło. Woda dalej była zimna, ale za to z rurociągu, a nie z oceanu, a widok z okna przypominał rajski ogród.

Po przeprowadzce kontynuowaliśmy sielankę - rano plaża i surfing, w południe kawa i łakocie, po południu długie spacery, a wieczorami pyszne kolacje i dużo pysznego peruwiańskiego wina. Co wieczór jedliśmy w innej restauracji - ja objadałam się owocami morza, Tomek przeróżnie przyrządzanym mięsem - jedzenie pyszne, wspaniałe sosy, ogromne ilości warzyw, wszystko świeże i świetnie przyprawione. Oczywiście wybieraliśmy lokalne przysmaki - ja polecam Parihuelę - rewelacyjną zupę z owoców morza. Warto spróbować jej w takim miejscu jak Mancora, gdzie wiadomo, że to co wylądowało w zupie jest dopiero co złowione. A są tam homary, krewetki, langusty, ośmiorniczki, ostrygi inne takie. Dla tych, którzy do ust czegoś takiego nie wezmą, nie mówiąc już o tym, żeby połknąć polecamy mniej wyskokowe danie: Chicharrón de pollo czyli tradycyjnie przyrządzane kawałki kurczaka.

I tak na obżarstwie, i słodkim lenistwie upłynął nam pierwszy tydzień naszego miodowego miesiąca. Na deser wybraliśmy się jeszcze na gorące źródła, które znajdują się w głąb parku narodowego otaczającego Mancorę. Dojechać tam można tylko taksówka, lub mototaksówką. Klimat jest nieprzeciętny , bo wspomniany park narodowy to głównie suche jak pieprz drzewa Alfajoby rozsiane po piaskowych wzgórzach. Gorące źródła mają infrastrukturę jak z jakiegoś westernu - przebieralnia to drewniana szopa, toalety to doły w ziemi osłonięte blachą falistą, a sam "basen" to dziura w ziemi obłożona deskami, wokół której wylano trochę betonu i postawiono dwie wiaty.
Ale woda jest tam ciepła !!!!!! Zapewniam was, że po tygodniu pływania w zimnym o tej porze roku oceanie i mycia się zimną wodą wskoczylibyście do tego dołu z bulgoczącym mułem z taką samą przyjemnością jak my:)))))
I to by było na tyle jeśli chodzi o odpoczywanie. Tego samego dnia po południu wsiedliśmy w autobus do Limy - 16 h jazdy, tam mieliśmy w perspektywie 4 h przerwy i następny autobus do Cuzo - 22 h jazdy.... a potem góry i dżungla...ale o tym później...
