Hala Łabowska

Hala Łabowska 04-05.07.2009

Ale ten czas pędzi nieubłaganie... Dopiero był marzec i pożegnanie z Irlandią, mieliśmy w maju jechać w góry, a tu nie wiadomo kiedy minął kwiecień, maj i czerwiec, a my nawet nie doświadczyliśmy czegoś takiego jak wolny weekend. Na szczęście nasi przyjaciele sprawili, że musieliśmy przystopować z tym pracoholizmem.
27 czerwca pojechaliśmy do Pińczowa na Ślub Przemka i Justyny. A 4 lipca dzięki wspaniałej inicjatywie Cypriana i Michała, którzy zorganizowali swoje 30 urodziny w Beskidach, wylądowaliśmy na Hali Łabowskiej.

A było to tak: Cyp z Michałem zarezerwowali całe schronisko i zaprosili dzikie tłumy zakręconych przyjaciół aby na własnych nogach z dowolnej strony góry doczłapali tamże na 3 dniową imprezę. Kto mógł już w piątek smażył kiełbaski na Hali. A kto nie mógł, ten w sobotę - jak my zaiwaniał pod górkę. A że szlaków prowadzących na Łabowską jest sporo - od króciutkich i łatwiutkich po kilkugodzinne wyrypy, każdy znalazł coś dla siebie.

My zdecydowaliśmy, że po długiej przerwie i ostatnim sporym zasiedzeniu, przespacerujemy się takim średnim pod względem trudności szlakiem, który prowadzi z Piwnicznej Zdrój przez Groń (812 m n.p.m.), Wierch nad Kamieniem (1083 m n. p. m.) na Halę (1038 m n. p. m.).

Do Piwnicznej dotarliśmy koło 11 przed południem naszym "Złotkiem". I po zaopatrzeniu się w lokalnym sklepiku w żarełko i napoje, ruszyliśmy całą trójką ostro pod górę.

Pierwszy odcinek żółtego szlaku jest dość stromy ale prowadzi drogą wyłożoną betonowymi płytami. Gdyby nie piekielny upalik, pewnie szłoby się nam całkiem spokojnie, ale odzwyczajeni od polskiego letniego słoneczka, ubrani zaiste po irlandzku ledwo przeszliśmy pierwszy kilometr, a już orzekliśmy przerwę na przebieranie spodni i chłodzenie psa w kałuży.

Zaraz po tej krótkiej przerwie technicznej zgubiliśmy szlak. Nie zauważyliśmy, że minęliśmy zakręt i radośnie poczłapaliśmy wygodną betonową drogą, prosto na podwórko jakiegoś górala. Na szczęście trafiliśmy na takiego, który nie przegonił nas grabiami, ale spokojnie wyjaśnił nam że się nieco zagapiliśmy i musimy zawrócić. No cóż. Gorąco, Tomek objuczony plecakiem, pies zziajany z przemoczonym butem -wzbudziliśmy litość starszej Pani, która żwawo pędziła polem poniżej - babina pokazała nam drogę na skróty, co byśmy nie zbłądzili, a pies wkrótce wywęszył ścieżkę.
Uratowani!!! - Prawie. Było pewnie koło 13, słonko dopiero się rozkręcało, a my już byliśmy cali mokrzy. Na szczęście widoki które oferowała nam nasza trasa rekompensowały te niedogodności. Ścieżka po której szliśmy trawersowała południowy stok góry Groń, więc mogliśmy zachwycać się cudowną panoramą Piwnicznej.

Dla odmiany po irlandzkich wrzosowiskach, krajobraz Beskidów wydał się nam po prostu boski: łąki ze stogami siana, ciemna zieleń gęstych lasów, ostra, soczysta zieleń traw, żywe kolory kwitnących krzewów, i błękitne rozpromienione słońcem niebo....czego chcieć więcej....może piwa....

Mówisz - masz- w Polskich górach wszystko jest możliwe, przeszliśmy może 2 kilometry a na naszej drodze wyrosło najpierw kilka kolorowych domków, za nimi kapliczka, a za kapliczką knajpa z napisem: Okocim. Na progu dwie góralki, w środku zimny browar.
Rozsiedliśmy się na drewnianych ławach i podziwiając widok na okoliczne góry sączyliśmy ten boski napój z należytym namaszczeniem przez prawie godzinkę, a słonko przygrzewało nam w niczym nie osłonięte czachy.

Po tej sjeście wróciliśmy na szlak. Nie uszliśmy daleko kiedy poczuliśmy że piwo uderzyło nam do głowy...to bolało..., no ale cóż, za przyjemność trzeba płacić:)
Na szczęście chwilę później ścieżka wprowadziła nas do chłodnego, lasu. Tam w cieniu i błocie po kolana człapaliśmy powolutku podziwiając intensywny zapach lasu i piękno starych drzew, których tak bardzo nam na Zielonej Wyspie brakowało. Marsz w lesie sprawił, ze bolące od upału i piwa głowy lekko ochłonęły, a my przestaliśmy czuć się jak ugotowani we własnym sosie. Tylko Mati dostał głupawy i dysząc biegł za Tomkiem i uporczywie chciał na niego wskoczyć...biedactwo tez nie miał czapeczki na to słonko...

Po około półgodzinie doszliśmy do Hali Pisanej, jej okolice to jedno z piękniejszych miejsc na trasie przy dobrej pogodzie- oferuje widok na cały Beskid Sądecki. Kiedy doszliśmy do Pisanej poczułam się jakbym tam była ostatnio wczoraj. Dobrze nam się to miejsce kojarzy. Przypominaliśmy sobie miejsca, które pamiętaliśmy z Rajdu Akademii Ekonomicznej, na którym byliśmy dobrych parę lat wcześniej. Wtedy też nocowaliśmy na Łabowskiej ale szliśmy od strony Rytra.

Z Hali Pisanej do szczytu Wierchu nad Kamieniem szliśmy około godziny, dalej czekała nas już łatwiejsza część trasy - spacerek granią częściowo lasem, co jakiś czas polanami z których roztaczał się cudowny widok na okolice. Ostatnie półtorej godziny szliśmy już równym tempem i staraliśmy nie narzekać na zmęczenie i ciężki plecak. Jeszcze tylko jeden odcinek przez las i jesteśmy na miejscu.

Na Łabowską dotarliśmy przed piątą. Zmęczeni ale pełni wrażeń. Tam ekipa już smażyła się w słońcu, niektórzy pałaszowali pyszny obiadek, inni właśnie kończyli paintballa, jeszcze inni kończyli...kolejne już piwo - do tych ostatnich dołączyliśmy przy okazji otwierania kolejnej puszki:))) do tego fasolka po bretońsku zagryziona chlebem i po zmęczeniu ani śladu. No może nie do końca, to było tak, bo Tomek dostał chyba lekkiego udaru - łeb bolał go jeszcze dobrych parę godzin. Dopiero 5 herbata, 3 piwa i żołądkowa postawiły go na nogi.

Wieczór na Łabowskiej był cudowny. Ciepły, ani kropli deszczu, ani odrobiny wiatru. Ognisko przy którym zebrało się 60 osób i pies płonęło do samego rana. Wódka krążyła jakby bez końca, a przepyszna - specjalnie dla jubilatów kręcona – kiełbacha smażyła się smakowicie. Do akompaniamentu dwóch gitar i harmoszki śpiewaliśmy wszystko jak leci od harcerskich piosenek, przez niezawodne lata 80, polskiego rocka aż po Britney Spears:))) Impreza była wspaniała. Opowieściom nie było końca...

A rano ciężko było zwlec się z łóżek, żeby o 10 opuścić pokoje. Pyszna jajecznica na kiełbasce i kawa pomogły się obudzić, resztę załatwił lodowaty prysznic i rześkie górskie powietrze. Tuż po 11 byliśmy gotowi do wymarszu. Część ekipy już ruszyła na dół. Część postanowiła powietrzyć się przed schroniskiem jeszcze do popołudnia, a my poczłapaliśmy tym razem niebieskim szlakiem do Łomnicy, a stamtąd do Piwnicznej.

Pierwszy odcinek granią, przez las - całkiem przyjemny. Potem malowniczo przez polankę, dalej zaczynają się trudności - droga przez las jest dość wymagająca.

Mati, który dawno już nie miał takiego długiego spaceru, mimo zmęczenia i gorąca wyglądał na szczęśliwego. Taplał się w prawdzie w każdej napotkanej kałuży ale radośnie pomykał w dół całkiem stromego zejścia. Droga z Łabowskiej do Łomnicy do łagodnych nie należy ale po przejściu najstromszego odcinka, już od przeprawy przez Łomniczankę szlak idzie najpierw żwirową, potem asfaltową drogą aż do zabudowań.

Dalej trzeba znowu wspiąć się kawałek, by minąć Bucznik i zejść do żółtego szlaku - dokładnie w tym miejscu gdzie wczoraj się zgubiliśmy. Ufff...gorąco ale na szczęście z tego miejsca to już tylko maksymalnie pół godzinki marszu. A na dole, koło parkingu gdzie czekał nasz kochany Brum-Brum, czekały na nas też lody. Mniam, po takim 3 godzinnym spacerku całkiem zasłużone.