St Caterina

St. Caterina - 01-08.03.08

O wyjeździe w Alpy na narty marzyliśmy oboje od dawna. Zawsze jednak były jakieś inne priorytety. Kiedy wróciliśmy z wakacji w październiku 2007 roku, od razu zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej? Tym razem nie wyobrażałam sobie zimy bez nart, więc zaczęliśmy poszukiwania… 7 dni w hotelu ** ze śniadaniami i obiado-kolacjami, do tego 6 dniowy ski-pass narciarski na cztery doliny w Alpach włoskich na początku marca, za jedyne 1360 PLN od osoby - brzmiało całkiem atrakcyjnie. Biuro z którego oferty skorzystaliśmy to Travelplanet.pl. Profesjonalna obsługa przez telefon i internet, minimum formalności i maksimum informacji sprawiły, że bardzo szybko i sprawnie dokonaliśmy rezerwacji i płatności. Parę dni później kupiliśmy bilety na samolot do Mediolanu, oddalonego o około 200 km od docelowej miejscowości. Warto było decydować się na nie na tyle wcześniej – cena w dwie strony od osoby z wszystkimi opłatami wyniosła niecałe 125 Euro. Co, jak na Mediolan, w szczycie sezonu narciarskiego, nie jest kwota dużą.

M: W sobotę 1 marca o godzinie 7:25 wylecieliśmy z Dublina. Już koło południa byliśmy w Mediolanie, a stamtąd pociągiem udaliśmy się do Tirano. Po drodze mijaliśmy małe włoskie miasteczka, jechaliśmy również wzdłuż jeziora Como. Prawie przez całą drogę zastanawialiśmy się jak będziemy jeździć na nartach, skoro po drodze nie wypatrzyliśmy nawet odrobiny śniegu. Dopiero od Tirano zaczęliśmy mieć nadzieję. Tam musieliśmy przesiąść się na autobus jadący przez Bormio do St. Cateriny. Cała podróż od momentu wylądowania trwała niecałe 4 godziny.

T: Tutaj jeszcze mała uwaga: jeżeli podróżujecie pociągiem we Włoszech, to koniecznie skasujcie bilet na peronie – w przeciwnym razie narażacie się na negocjacje z kontrolerem, który będzie usiłował wyciągnąć od was opłatę 50 euro za nieważny bilet. Informacji o konieczności jego skasowania nie ma (po angielsku) ani na bilecie, ani w żadnym widocznym miejscu w kasach, na peronie czy w pociągu. Warto natomiast pochwalić organizację połączeń kolejowych i autobusowych – były tak zsynchronizowane, że nie musieliśmy długo czekać, a na dodatek wszystko przyjechało punktualnie. Co za odmiana po Dublinie...

M: Na miejscu – w hotelu – powitała nas bardzo sympatyczna młoda dziewczyna - Francesca. Szybko i sprawnie załatwiliśmy formalności, zostawiliśmy bagaże w naszym pokoju i ruszyliśmy na rekonesans po miasteczku. Nasz hotel mieścił się przy głównej drodze prowadzącej z Bormio do St. Cateriny. Spacerkiem do centrum szło się około 10 minut. St. Caterina jest pięknie położona w dolinie, na wysokości około 1700 m n.p.m. otoczonej ogromnymi, mającymi ponad 3000 m n.p.m. górami. Całość, dla nas mieszczuchów, w dodatku pierwszy raz odwiedzających Alpy zimą, zrobiła ogromne wrażenie. Zapach i skala tego zjawiska, śnieg, słońce i kolorowe domki w charakterystycznym alpejskim stylu zauroczyły nas już pierwszego wieczoru.

T: St. Caterina jest miasteczkiem małym ale urokliwym. Oczywiście pierwszą rzeczą, którą chcieliśmy sprawdzić była sprawa wypożyczenia nart. Kierując się wskazówkami z naszego hotelu, odnaleźliśmy wypożyczalnię zlokalizowaną w samym centrum miasteczka. Po rozpoznaniu cen i warunków odetchnęliśmy z ulgą – za około pięćdziesiąt euro można zdobyć całkiem dobry sprzęt na tydzień. A do tego nasz hotel zapewnił nam 15% zniżkę. Poza wypożyczalnią, naszą uwagę zwróciły sklepy sportowe, sklep z pamiątkami, pizzeria (gdzie mają pyszną pizze jak się okazało) i sklep spożywczy. W sklepie spożywczym w szczególności: włoskie regionalne wina, żółte sery i szynka. Długo się nie wahaliśmy i z zakupami w ręku skierowaliśmy się na kolację do hotelu.

M: Takiej kolacji nie spodziewaliśmy się. Tzw. pakiet turystyczny, czyli śniadania i obiado-kolację są zwykle dość skromne i często trzeba dodatkowo dojadać w ciągu dnia. Tym razem było inaczej. Sałatka, pierwsze danie, drugie danie, sery i desery, a do tego włoskie wino i inne napoje – wszystko w ilościach nie do przejedzenia i tak pyszne, że trudno się było powstrzymać. Nasza pierwsza kolacja trwała 2,5h i tak było już co wieczór. Potem trzeba było mieć zarezerwowaną jeszcze przynajmniej godzinę na sjestę – gdyż po takiej ilości pysznego jedzenia człowiek nie jest w stanie się ruszać. Oczywiście o zjedzeniu tego co zakupiliśmy wcześniej nie było już mowy... Śniadania nie ustępowały kolacjom, dlatego przez cały wyjazd nie chodziliśmy głodni i nawet nie mieliśmy ochoty by cokolwiek jeść w licznych barach na narciarskich stokach.

T: Z samego rana, wyposażeni w nowo pożyczone narty i karnety narciarskie, załadowaliśmy się do kolejki linowej i zostali wywindowani na przeszło 2000 metrów, gdzie zaczynały się już trasy zjazdowe. Oczywiście była to tylko przygrywka – kolejne wyciągi, pozwalały dotrzeć na sam szczyt wznoszącej się przed nami góry. Wokół na wspaniale ośnieżonych i przygotowanych stokach śmigali już narciarze. Jak się szybko okazało miejsca było tyle, że przez cały czas pobytu nie miało się wrażenia by był tłok albo, że ktoś w ciebie zaraz wjedzie.

M: Świetnie przygotowane stoki, dobrze ośnieżone i wyratrakowane, szerokie i dobrze oznakowane – sprawiały, że szusowanie po nich było czystą przyjemnością. Zwłaszcza, że dodatkową atrakcję stanowiło piękne słońce i cudowne widoki na około. Przez pierwsze kilka zjazdów co chwila zatrzymywaliśmy się by robić zdjęcia. Nie wiadomo było, w którą stronę patrzeć.

T: Po kilku zjazdach zdecydowaliśmy się wyjechać na samą górę. Kolejka linowa wywiozła nas tam ekspresowo. Znaleźliśmy się na platformie widokowej, z której rozciągał się widok na całą dolinę i miasteczko na dole. Zaś po drugiej stronie, oczom naszym ukazała się przepiękna kotlina. Otoczona wysokimi, ośnieżonymi szczytami, obsypana śniegiem i również przeznaczona dla narciarzy. Choć to park narodowy, środkiem kotliny poprowadzono wyciąg krzesełkowy wiodący jeszcze wyżej i umożliwiający zjazd trasami wiodącymi przez dno kotliny. Zarówno widok z wyciągu, jak i wrażenia podczas jazdy były niesamowite, zwłaszcza, że pogoda wyjątkowa nam się udała. Wiemy też skąd nazwa tego ośrodka – Sunny Valley.

M: Przez pierwsze dwa dni od rana do godziny 16:30 jeździliśmy w St. Caterinie. O tej bowiem porze zaczynano zamykać wyciągi. Popołudniami spacerowaliśmy po miasteczku odwiedzając lokalne puby. Trzeciego dnia postanowiliśmy wybrać się do drugiej doliny, w której położone jest Bormio – miasto w którym odbywały się narciarskie mistrzostwa świata, dużo większe niż St. Caterina i dużo bardziej zatłoczone. Tu już do wyciągów ustawiały się kolejki, a w kawiarniach i barach trzeba było czekać na wolny stolik. Trzeba przyznać, że Bormio, choć ma więcej tras zjazdowych, również bardzo ładnie położonych, umożliwiających trawersowanie zbocza góry praktycznie od wschodu do zachodu, nie zrobiło na nas tak ogromnego wrażenia jak St. Caterina. Większa ilość narciarzy sprawiała, że stoki już wczesnym popołudniem zaczynały pokrywać muldy, a z pod nasypanego przez armatki śniegu, zaczynał wyłaniać się lód. Sporą atrakcją w Bormio jest bardzo stara kolejka linowa – Bormio 3000, która umożliwia dostanie się na szczyt najwyższej w okolicy góry. Jest to piękne miejsce, pod warunkiem, że jest ciepło i świeci słońce. Przy najmniejszym wietrze i zachmurzeniu warunki na szczycie stają się bardzo uciążliwe. Zjeżdżając „zamarza” twarz, ręce i stopy, i jeszcze mniej przyjemnie jest gdy zaczyna padać śnieg. Zmarzluchom takim jak ja polecam zakupienie ocieplaczy nakładanych na rękawiczki, bez których na wysokość 3000 metrów przy ujemnej temperaturze nie należy się wybierać. Dodatkowo można do środka włożyć wkładki ogrzewające, które działają nawet przez około 8h.

T: Bormio to faktycznie duży ośrodek narciarski. Tras jest mnóstwo, plączą się niczym labirynt, prowadzą mniej lub bardziej stromo, czasem nad przepaściami, czasem przez las, czasem są szerokie, czasem wąskie. Bez mapy można się nawet pogubić – zwłaszcza, jeśli nie chce się nagle wjechać na jakiś trudniejszy stok. Plątanina daje też możliwość zjeżdżania za każdym razem inną trasą, przez co jednego dnia trudno jest zjechać tak samo. O nudzie nie może więc być mowy. Dzięki znacznym długościom tras, pojedynczy zjazd może trwać ponad kilkanaście minut. Zjeżdżając na sam dół przekroczyć można nawet pół godziny. Równocześnie wyciągi krzesełkowe i linowe zapewniają szybki powrót na szczyt. Do dyspozycji narciarzy oddane są też liczne kawiarnie i restauracje rozsiane po trasach, z wspaniałymi widokami z okien i tarasów. W takim ośrodku narty to naprawdę duża przyjemność – którą powtórzyliśmy też następnego dnia.

M: Ale Bormio to nie tylko stoki narciarskie. Po aktywnym wypoczynku czas na relaks, którego dostarczyć mogą dwa ośrodki termalne. Stare termy – zbudowane w starych łaźniach rzymskich – wraz z nowym kompleksem spa położonym w pobliżu oraz nieco mniejszy ale również dość nowoczesny ośrodek sportowy połączony z gorącymi źródłami. O ile termy tzw. rzymskie położone są nieco poza miastem i trzeba do nich dojechać samochodem, o tyle drugi kompleks położony jest w pobliżu ścisłego centrum i można do niego dojść w parę minut na nogach. Zdecydowaliśmy się zafundować sobie tę przyjemność, tym bardziej, że cena 21 euro z 10% zniżką zafundowaną nam przez nasz hotel, nie jest zbyt wygórowana. Należy wziąć pod uwagę, że obejmuje ona 3 godziny pobytu w trzech strefach: sportowej, relaksacyjno termalnej i termarium. Strefa sportowa to duży sportowy basen i brodziki dla dzieci. Strefa rekreacyjno-termalna to sala relaksacyjna, sauna, łaźnia turecka, wody termalne, oraz jaccuzi i bicze wodne. Termarium to nowa część kompleksu wyposażona w biosaunę, łaźnię turecką oraz bardzo gorącą saunę z widokiem na panoramę gór. Dodatkowo, można skorzystać z kąpieli w wodach termalnych – wypływając na taras widokowy. Na koniec przy relaksacyjnej muzyce można odpocząć popijając wodę mineralną bądź napary z ziółek. My skorzystaliśmy z wszystkich oferowanych przez ośrodek atrakcji, poza basenem sportowym, na który po nartach nie mieliśmy już ochoty. Po trzech godzinach siedzenia w saunach, pływania w wodach termalnych i biczowania się – wyszliśmy jak nowo narodzeni. Chociaż trzeba przyznać, że po czymś takim najlepiej wylądować w ciepłym łóżeczku – człowiek jest tak zrelaksowany, że nie ma siły nawet palcem ruszyć. Przy okazji nainhalowaliśmy się różnymi olejkami i efekt był taki, że zaraz po kolacji padliśmy i spaliśmy do rana jak niemowlaki. Ale chyba było nam to potrzebne – po trzech dniach intensywnego jeżdżenia na nartach nasze nogi, ręce i plecy były już nieco obolałe. A tak, następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano pełni nowych sił, by przez kolejne trzy dni podbijać nowe stoki.

T: Nazajutrz znów jeździliśmy w Bormio – a wieczorem czekała nas niespodzianka. Okazało się, że raz w tygodniu stoki są czynne w nocy – i właśnie dzisiaj jest ta noc. Słowem, zaraz po zakończonej kolacji mogliśmy z powrotem wrócić na narty. Daleko nie mieliśmy, bo czynna była właśnie ta trasa, której kolejka zaczynała się na przeciwko naszego hotelu. Muszę przyznać, że jeżdżenie nocą to zabawa trochę innego typu niż w dzień. Przede wszystkim stok został na nowo naśnieżony i ubity rartakami, a także bardzo porządnie oświetlony. Dalej: jest o wiele mniej osób, przez co stok zdaje się niemal pusty – chociaż te osoby, które jeżdżą, to najczęściej ci najbardziej zapaleni narciarze i snowboardziści. Dzięki temu oprócz świetnych warunków do jazdy, można też zobaczyć prawdziwych profesjonalistów, którzy pędzą po stoku niczym rakiety. Nie zdziwiłbym się gdyby wśród nich byli jacyś zawodowcy. Ponad półtorej godziny jazdy upłynęło nam błyskawicznie. Jeździło się naprawdę super. Dobrze, że przy sztucznym oświetleniu nie widać jak stromy jest naprawdę stok - rano można się trochę zdziwić...

M: Dwa kolejne dni jeździliśmy głównie w St. Caterina. Wprawdzie w piątek próbowaliśmy stoków w miejscowości Isolacia, ale ze względu na ich słabe przygotowanie i bardzo kiepskie wyciągi, szybko wróciliśmy do naszego miasteczka.

Ten cudowny tydzień na nartach w przepięknym, malowniczym otoczeniu zaostrzył nam apetyt na sport. Szkoda, że minął tak szybko. Ale niezapomniane wrażenia i tysiąc zdjęć pozostanie z nami na zawsze. „Na deser” udaliśmy się do Mediolanu. Ale to już inna historia... Było cudownie.

Zapraszamy, więcej zdjęć w galerii